Rodzicielski, niewidzialny parasol bezpieczeństwa

Bywają dni, gdy zdarza się sytuacja, mogąca mieć nieprzewidziane, poważne, nieodwracalne skutki. Wtedy człowiek myśli jakie to miał szczęście, że nie skończyło się tak źle, jak mogło.

Konkretnie dziś kąpiąc dzieci, młodszemu podwinęła się rączka i zanurkował w wodzie, troszkę się jej napił. Wody co prawda, że nawet nóżek nie przykrywa, ale wystarczy. Nieodpowiedni ruch, chwila nieuwagi i człowiek ma strach w oczach. Tak dbamy o te maluszki, że niemal niewybaczalne wydaje się dopuścić do sytuacji zagrożenia ich zdrowia, nie mówiąc o życiu.

Teraz kiedy dzieci już śpią, siedzę i myślę… jak niewiele trzeba, by mogło stać się coś złego. A rodzice przecież za wszelką cenę chcą otoczyć swoje dzieci, takim niewidzialnym parasolem bezpieczeństwa. 

parasol
Narysowałam ja, a koloru nadała moja córeczka… <3

Od razu przypomniałam sobie historię, gdzieś, kiedyś przeczytana… postaram się ją opowiedzieć…

Mała śliczna dziewczynka, beztrosko i radośnie bawi się na podwórku swojego rodzinnego domu na wsi. Ma piękne loki, wychodzące spod różowej czapki z daszkiem. Ubrana w lekkie, przewiewne, pastelowe ubranka. Jest upał. Słońce praży z każdej strony. Nie ma gdzie się schować. Tata naprawia jedną ze swoich maszyn rolniczych, szykuje się do rozpoczęcia kolejnych prac w gospodarstwie, dużo pracy, wiele rzeczy do zrobienia. Mama rozwiesza pranie. Dziewczynka na 4 lata, mówi bez ustanku. Z jej ust pada pytanie za pytaniem, zdanie za zdaniem. Jej buźka zdaje się nie zamykać, nawet na sekundę. Gdzieś w oddali babcia ‚grzebie’ w ogródku, wyrywa ‚zielsko’. Taki sielski obraz wsi, sprzed dekady może dwóch, dla niektórych nadal aktualny. Ten spokojny obraz przeszywa hałas, a potem przeraźliwy krzyk… ta słodka dziewczynka… wydobywa z siebie tak okropny pisk, że wszystko zdaje się na chwilę wstrzymać bieg. Matka czuję ciarki na plecach, rzuca się… w stronę głosu jak ukochanej córki, biegnie. Wpada do stodoły i widzi męża, w ręku trzyma córkę, a w drugim… oderwana od jej szczupłego ciałka rękę… z która sam nie wie co zrobić… wołanie o pomoc… już nie ma pastelowych ubranek, jest krew. Nie ma uśmiechu na jej buzi, jest ból i strach. Nie ma sielskiego spokoju, jest rozpacz i wyrzuty sumienia… jest płacz opadającego z sił dziecka i zrozpaczony krzyk matki… bezradność… w jednej chwili ich dziecko zostało pozbawione, na szczęście nie życia, ale części siebie… czasu niestety nie da się cofnąć. Choćbyśmy nie wiem jak bardzo tego pragnęli. 

Straszna historia. Kto ma dzieci, wie jakie uczucia towarzyszą rodzicom, gdy ich dzieciom dzieje się coś złego. A mając świadomość, że mogli temu zapobiec… nie do opisania. 

Niestety choćbyśmy chcieli, nie mamy kontroli nad tym, co dzieje się poza nami. Nie jesteśmy w stanie zapanować nad otoczeniem.

Powinniśmy być ostrożni i uważni, w tym co robimy. Jednocześnie nie możemy oddać władzy nad sobą i swoim postępowaniem strachowi, przed tym że gdzieś, coś złego może się stać.

Co do wypadków rolniczych. Kilka lat temu zginął, młody chłopiec z naszej miejscowości, właśnie w zbliżonej sytuacji. Pomagał rodzicom w gospodarstwie. Był na polu, miał konkretne zadanie, w maszynie rolniczej coś się zablokowało, coś przestało działać… on chciał to naprawić, dokończyć swoją pracę… niestety maszyna dalej była włączona. Chwilę później został pozbawiony, nie tylko ręki, jak dziewczynka z poprzedniej historii. Został pozbawiony życia! Tragedia nie do opisania! Stracić dziecko.

bezp na wsi

Opowiem wam moja historię, na szczęście nie tak tragiczną. Jednak na jej wspomnienie czuję ciarki.

Lubimy jeździć rowerami, tak spędzamy czas. Mieszkamy na wsi, mamy idealne warunki na tego typu rekreację. Piękna pogoda ruszamy. Ja, mąż i nasze jeszcze wtedy jedyne, niespełna roczne dzieciątko. W zmyślnej przyczepce rowerowej. Jedziemy jak każdego razu, mijają nas samochody, inne rowery…naprzeciw nam jedzie ciągnik z grabarką. Zatrzymaliśmy się. Pan kierowca widząc dziwny pojazd, z grzeczności zjeżdża maksymalnie na prawo, zjeżdżając tym samym lekko z drogi, na pobocze. Uśmiechamy się, skinienie głowy, na dzień dobry. Nagle szczęk metalu! Obracam się, czas w takich sytuacjach jakby zwalnia, staje w miejscu. Grabarka zahaczyła o betonowy słupek przy drodze i z dużą szybkością ‚złamała się’. Skosiła jakby cała drogę, stoję może i z otwartą w szoku buzia… ciągnik tylko podskoczył, widziałam jeszcze przerażony i zdezorientowany wzrok kierowcy ciągnika. Ostatnie koło zębate grabarki przemknęło dosłownie metr od naszego dziecka w przyczepce. Wyobraźcie sobie strach i jednocześnie ulgę… że na szczęście zatrzymaliśmy się w tym miejscu, że słupek był tam, a nie metr w naszą stronę… pan odjechał, a ja stałam bez słów, z łzami w oczach patrzyłam na męża i dziecko śpiące w przyczepce. Metr i grabarka z dużą prędkością zmiotłaby nas wszystkich do przydrożnego rowu.

grab
A przed tą sytuacją było to dla mnie miłe wspomnienie dzieciństwa, bo z sąsiadami spędzałam całe godziny, bawiąc się i wyczyniając różne akrobacje na górnej jej ramie. Ja patrząc na tą maszynę, nie pozwoliłabym dzieciom, zrobić sobie z niej placu zabaw.

Nie muszę mówić, że od tamtej pory, widok grabarki budzi we mnie strach, najchętniej skręciłabym w najbliższą możliwa ścieżkę aby poza jej zasięgiem. 

Szczęście,  ulga… ile jest takich sytuacji, że o włos nie wydarzy się coś strasznego.

Takie kruche to ludzkie życie. Chwila i może nas nie być. Na co dzień nie zastanawiamy się nad tym, a może powinniśmy częściej myśleć o tym, że życie nie trwa wiecznie?

Cieszmy się tymi naszymi małymi cudami, nie szczędząc im czasu, uwagi i miłości. Cieszmy się sobą, bo nigdy nie wiemy co przyniesie kolejny dzień.

Wyobraź sobie sytuację, że budzisz się, wstajesz, idziesz do łazienki i patrzysz na siebie. Masz już jakiś plan na ten dzień… i nagle przeszywa Cię myśl, że to być możne jest ostatni dzień Twojego życia.

Czy mając taką  świadomość, zmienisz swoje plany na dzisiejszy dzień?
Jeśli tak, to może pora faktycznie coś zmienić?! Poukładać i poprzestawiać w życiu?

 

Zostaw komentarz...