Dlaczego ludzie trwają w krzywdzących relacjach?

Niedzielny wieczór, siedzę i spokojnie myślę, o czym by tu napisać. Z reguły o tematy nie muszę się martwić, bo podsuwa mi je samo życie. Tak też jest teraz. Wchodzę na grupę na FB, której jestem jednym z uczestników i widzę pytanie:

„Dlaczego ludzie pozostają w krzywdzących dla nich relacjach?
Czy wychowanie w rodzinie dysfunkcyjnej ma na to wpływ?”

Czuję, że pytanie wzburza moje emocje, chwile myślę i odpisuję na pytanie:

„Ludzie tkwią w krzywdzących relacjach bo to ZŁO nie zaczęło się nagle, tak żeby od razu reagować i uciekać. Wkradało się powoli i stopniowo, wynikało z ich wewnętrznego pogubienia… a jak już tkwią w tej krzywdzącej ‚zupie’ to trudno im w ogóle dostrzec możliwość wyjścia. To tak jakby wejść do kociołka z miłą i ciepłą wodą, nie wiedząc, że pod spodem pali się ogień, woda się podgrzewa i podgrzewa, my się przyzwyczajamy i niemal się gotujemy, ale dalej tam siedzimy. A gdyby tak nas wrzucić od razu do niemal wrzątku, nawet nie próbowalibyśmy się przyzwyczaić tylko zwiewalibyśmy czym prędzej. Ot cała TRAGEDIA! A wynika to w 100% z tego co wynieśliśmy z rodzin, bo gdyby człowiek był nauczony sam siebie doceniać i szanować to nie pozwoliłby NIGDY i NIKOMU się źle traktować! Nie byłoby krzywdzących relacji, bo nie można skrzywdzić kogoś kto na to nie pozwoli.”

WAŻNY to temat do rozważania. Bo ludzi żyjących w krzywdzących relacjach widzę wszędzie wkoło. Jedni pozwalają się bardziej krzywdzić, inni mniej, ale faktem jest, że otaczają nas zewsząd.

Gdy dwie osoby tworzą związek, jako para, wchodzą w niego z pewną otwartością, ufnością, że nasz towarzysz nie zrobi nam nic złego. Bo gdybyśmy na wstępnie założyli, że nas skrzywdzi to nie byłoby żadnego związku, tylko ucieczka i tyle byśmy towarzysza widzieli.

Kiedy kobieta i mężczyzna poznają się, działają piękne i wzniosłe emocje. Żyjemy wtedy z wyidealizowaną wizją drugiej osoby, która i tak nie szczędzi wysiłków w ukrywaniu swoich wad. A ten obraz, który sami tworzymy w naszych głowach jest bardzo daleki od stanu rzeczywistego. Każdy z nas ma pewne oczekiwania względem innych, a szczególnie względem wybranka życia. Tak to zakochanie trwa, potem jest zderzenie z realiami, zaczynamy powoli widzieć jaka ta osoba faktycznie jest, jak się zachowuje, co może nam realnie zaoferować, a czego chce nas pozbawić.

Jeżeli przyglądamy na oczy, to cudownie, ale jeżeli związek z drugim człowiekiem jest dla nas ucieczką od domu rodzinnego, czy innego związku, to nasz obiektywizm jest bardzo zakrzywiony. Bo będziemy sami ubarwić i usprawiedliwiać naszego chłopaka, dziewczynę, aby tylko po raz kolejny nie pozbawić się złudzenia miłości i nie narazić się ponownie na odrzucenie i samotność. Nawet kosztem naszych potrzeb, komfortu, a co gorsza często bezpieczeństwa i zdrowia.

Gdybyśmy wyrośli w zdrowych rodzinach, gdzie by nas kochano bezwarunkowo, szanowano, traktowano poważnie, zaspokajano nasze potrzeby, pozwalano nam na odkrywanie siebie, na wyrażanie emocji to bylibyśmy osobami PEWNYMI siebie, PEWNYMI swoich potrzeb, PEWNYMI swych emocji i odczuć i NIGDY, PRZENIGDY, NIKOMU nie pozwolilibyśmy się traktować w sposób naruszający nasze granice.

Dotyczy to wszystkich osób, a dobór towarzysza życia powinien być jeszcze bardziej restrykcyjny. Bo ktoś z kim wiążemy życie musi być odpowiednim kimś, nie byle kim, aby tylko uciec od samotności, by tworzyć sobie namiastkę domu.

My jesteśmy wyjątkowi, jedyni i WAŻNI, takiego traktowania musimy WYMAGAĆ! Nie byłoby miejsca na strach, bo wiedzielibyśmy, że nasze życie jest w naszych rękach, że zależy od NAS, nie od innych! Nie byłoby krzywdzących związków.

Ale gdy wyrośniemy w domach gdzie nie podarowano nam PODSTAW do rozwoju, do wzrostu. Nie zaszczepiono w nas przekonania, że jesteśmy cudownymi istotami, które mogą wszystko, czego tylko chcą, że świat czeka na nich z otwartymi ramionami, a życie to przygoda. Tylko mamy głęboko zakorzenione przekonanie, że jesteśmy niewiele warci, że ciągle musimy zasługiwać na czyjąś uwagę, miłość, szacunek, że naszą wartość stanowi to co robimy lub co posiadamy, nie to kim jesteśmy, że tak naprawdę nie wiele się nam należy, że życie to walka i nie będzie nam nigdy łatwo, to w tym momencie zaczynają się nasze małe i większe życiowe tragedie.

Wychodzimy z takiej rodziny poobijani ale pełni nadziei, że zaraz, za chwilkę pojawi się jakiś książę, który uratuje nas od całego zła, będzie nas bronić, lub księżniczka, która zapewni nam spokojny dom i ukojenie, znajdziemy w końcu źródło MIŁOŚCI, której nie zaznaliśmy w rodzinnych ścianach. Żywimy się nadzieją, że zostaną w końcu spełnione wszystkie nasze oczekiwania, często nieuświadomione. Również nieświadomie wchodzimy znów w rolę, w jakiej tkwiliśmy w przeszłości, w rolę zależnego, pozbawionego wolności, zdolności do decydowania o sobie, przestraszonego dziecka.

Największym problemem w tych naszych nieidealnych rodzinach jest to, że zostajemy obdarci z tego co najbardziej niezbędne, konieczne do pełnego życia i tworzenia jakichkolwiek związków z innymi ludźmi. Powtórzę jeszcze raz, niezbędna do życia jest: bezwarunkowa miłość do samego siebie, bezwzględny szacunek, dbałość o swoje potrzeby, umiejętność słuchania własnych emocji, stawiania granic, których przekroczyć nie wolno.

W moim przekonaniu, w każdej dziedzinie życia obowiązuje zasada: ludzie będą cię traktować, tak jak sam siebie traktujesz lub jak na to pozwolisz. Nie inaczej! Mogą próbować, ale ty przecież umiesz reagować, nie musisz na to pozwalać.

Jeżeli chcesz być szanowany musisz sam siebie szanować, jeżeli chcesz żeby ktoś cie kochał, ty musisz pokochać, a żeby to umieć w ogóle robić, sam siebie musisz kochać. Chcesz być traktowany poważnie, sam tak siebie traktuj. Moim zdaniem prosta to zasada, ale prawdziwa. Mimo prostoty, trudna do realizacji… Bo jeżeli od dziecka nie czuliśmy tego wszystkiego, to czasami trzeba sobie to na siłę wielokrotnie wmawiać, aż wewnętrznie w to uwierzymy. Często jest to bardzo długa i trudna droga. Ale zadanie możliwe do wykonania. Przecież nie ma dla nikogo z nas rzeczy niemożliwych, jeśli wyeliminujemy brak wiary we własne, niemal nieograniczone możliwości.

Jeżeli szczerze pokochamy siebie, nie damy źle się traktować, nie pozwolimy się krzywdzić. Nie będziemy już czekać aż ktoś nas uratuje, bo sami dla siebie będziemy ratunkiem i przyjacielem, towarzyszem na dobre i złe.

W odpowiedzi na artykuł „Związek –  warunkiem odkrycia siebie?” otrzymałam pytanie:

„Pani Magdo, ale jak znaleźć, w chorym związku furtkę, której się nie widzi”

Moja odpowiedź brzmiała:
>>> „To skomplikowany temat, bo jestem świadoma, że gdybym miała inaczej w związku niż mam, nie miałabym może nawet możliwości, żeby się zastanowić nad swoimi potrzebami i emocjami. To byłoby takie przedłużenie męczącego i krzywdzącego dzieciństwa.

Trzeba jednak pamiętać, że nikt inny, jak MY sami, jesteśmy odpowiedzialni, za to jak wygląda nasze życie. A w naszych rękach jest również to jak może ono wyglądać.

Nasz towarzysz życia powinien również wziąć odpowiedzialność, za swoje dziedzictwo życia. Bo do związku wnosimy, każdy swoje bagienko, jak razem nie stawimy im czoła, to będziemy w nich tkwić umęczeni.

Myślę, że każdy związek da się uratować, choć potrzebne są do tego dwie osoby, które CHCĄ. Jeśli jest tylko jedna… może należałoby zająć się sobą, rozwojem, uporządkowaniem historii, przyniesie to zmiany w podejściu do siebie. Zmiany w patrzeniu na świat. A jeśli człowiek zacznie sam siebie kochać, cenić, szanować, zacznie tego wymagać, od otaczających go osób i nie da się już więcej krzywdzić. Nie będzie czekać na wybawienie, tylko weźmie odpowiedzialność i nie pozwoli się źle traktować.

Partner może wtedy albo pójść za nami, albo pójść swoją drogą, już bez nas… Każdy ma wybór. Tkwienie w tym co działa na nas destrukcyjnie, nie jest dobre.

Gdy zaczniemy przyglądać się nam samym, może uda nam się zmienić naszą wizję, bo często jest zniekształcona. Właśnie przez tą ograniczoną wizję, często mamy oczy zamknięte na rozwiązania, które są, czasem oczywiste, ale ich nie widzimy.

W każdym ‚chorym’ związku, w którymś momencie, zaczęło się źle dziać. Piękne jest porównanie do kociołka… jeśli człowiek wejdzie do miłej letniej wody, jest mu dobrze, mimo tego, że pod spodem pali się ogień, przez co temperatura rośnie, człowiek tego nie zauważa, bo dzieje się to stopniowo i do tego się przyzwyczaja. Gdyby go od razu wrzucić do gorącej wody, nie próbowałby się przyzwyczaić, próbowałby się bronić i uciekać.”

Kiedy w związku są tylko dwie osoby, sprawa jest stosunkowo prosta. Bo teoretycznie odejście jest łatwe. Ale kiedy mamy dzieci, wspólny dom, finanse to spraw wiążących jest dużo, dużo więcej. Ale temat czy tkwić w niezdrowej relacji, ucząc w ten sposób takiego samego zachowania własne dzieci, czy odejść i dać dzieciom spokojne i bezpieczne warunki do rozwoju, to trudna sprawa, idealna na kolejny temat do rozważań.

Nie sądzicie, że w szkołach powinny być prowadzone warsztaty podnoszenia świadomości, mające na celu pokazać młodzieży, że do szczęśliwego życia bezwzględnie konieczna jest miłość i akceptacja siebie, żeby nie popełniali błędów naszych, błędów swoich rodziców… żeby nie musieli być kontynuacją tej tragicznej rodzinnej historii? Gdzie mogli by się nauczyć metod podnoszenia wiary w siebie, mimo że nie dostali tego tam gdzie powinno być ich źródło wzrostu, we własnych rodzinach.

Like
Like Love Haha Wow Sad Angry

Zostaw komentarz...

  • Dziękuję, ogromnie się cieszę, że ze mną jesteś. Aguś nie wiem ile masz lat i czy mieszkasz z rodzicami. Ale w moim przekonaniu prawdziwy rozkwit jest możliwy, kiedy opuścimy te nasze, mniej lub bardziej toksyczne domy. Rozumiem Cię doskonale! Ale nikt nie jest ciągle na górce 🙂 Ja też jednego dnia tryskam energią, kolejnego potrzebuję spokoju i chwili na refleksję, snuję się po domu. A pierwszym krokiem do pokochania siebie, doceniania, szanowania się… jest wyzbycie się nadziei na to, co niemożliwe w większości wypadków, na to że rodzice zaczną Cię doceniać. Na to że dostaniesz od nich to czego do tej pory Ci nie dali, a na co ciągle czekasz. Wyzbycie się tej dziecinnej NADZIEI jest szalenie trudne, ale możliwe! Aguś jesteś mądra, wyjątkowa, piękna, niezwykła, cudowna… na całym świecie nie ma drugiej osoby takiej jak TY! Prawda, że niezwykłe? Ja mimo, że Cię nie znam wiem, że jak zmienisz patrzenie na samą siebie, wszystko stanie się możliwe! Serdeczne uściski przesyłam!

    • agnieszka

      hmm… mój komentarz został odebrany przez Ciebie jako wypowiedź nastolatki… Cieszę się, bo daje mi to wskazówkę w jakim jestem punkcie. Z rodzicami, a właściwie z matką(tato zmarł jak miałam 16 lat) nie mieszkam od 19 roku życia, mam 42 lata…Łzy mi stanęły w oczach, kiedy napisałaś: jesteś piękna, mądra, cudowna… Dziękuję, że jesteś <3 Ściskam

      • 🙂 To pokazuje jak bardzo brakuje Ci tego 🙂 Uwierz, że nie jesteś w tym sama! Wyślę Ci wiadomość priv, chętnie Cię poznam. W kolejce czeka artykuł o potrzebie aprobaty ze strony rodziców, o nadziei…