Dzieciństwo ma znaczenie! Opowieść z życia Madzi

Zapraszam serdecznie na list nadesłany do mnie w ramach cyklu „Dzieciństwo ma znaczenie”   

 "walka o siebie jest warta każdej ceny i nikt nie zrobi tego za mnie!"

Długo zastanawiała się czy wysłać mi swoją historię, czy zdecydować się na to by podzielić się swoimi odczuciami, spostrzeżeniami, swoją drogą. Zrobiła TO! 

Dobrze jest nie zamykać się w sobie, każdy z nas tak wiele doświadczył. Dobrze jest wiedzieć, że nie jesteś odosobniony w swoich przeżyciach. Mimo, że różni  – jesteśmy sobie tak bliscy. Mimo, że daleko od siebie, wzajemnie możemy być dla siebie wsparciem!

Z przyjemnością publikuje ten piękny wyraz odwagi i gotowości serca Madzi – do dzielenia się sobą! Madziu – dziękuję, gratuluję, podziwiam, ściskam – nie jesteś sama!

Mam 30 lat, świetną pracę, którą uwielbiam, wspaniałego męża, fantastycznych przyjaciół. Tak jest teraz.

Moja mama zaszła w ciążę w wieku 17 lat, mój ojciec także miał 17. Małe miasteczko w tle. Wzięli ślub, naciskały na to moje obie babcie. Bo to przecież wstyd. Dziecko tak bez ślubu. W marcu urodziłam się ja, w kwietniu mama skończyła 18 lat. W lutym kolejnego roku ślub.

Po ślubie wszystko się zaczęło.

Bo się trzeba dorobić, a gdzie? – wiadomo, w Niemczech. Więc ojciec wyjechał, mama została. Potem, jak miałam dwa latka wyjechałyśmy do ojca i zaczął się koszmar. Ojciec bił mnie i mamę. Bez alkoholu. Tak po prostu – kiedyś uderzył moją głową o poręcz, bo za wolno szłam po schodach.

Kiedy miałam 5 lat mama się z nim rozwiodła. A raczej on z nią, bo jego kochanką została przyjaciółka mamy, z którą postanowił sobie ułożyć życie.

Myślałam, że koszmar się skończy. Nie skończył. Jego przemoc była tematem tabu. Nikt o tym nie mówił, nikt mnie nie słuchał. Zamieszkałyśmy z mamą w Polsce z jej rodzicami. Ojciec się uaktywniał raz na jakiś czas – nie płacił alimentów, pozywał mamę do sądu o złe sprawowanie władzy rodzicielskiej. Kiedyś próbował mnie odebrać z przedszkola. Wpadłam w taki płacz, skuliłam się w kąt, że po kilku godzinach mama zdołała mnie uspokoić. Oczywiście nie powiedziała w przedszkolu dlaczego tak reaguję na ojca.

Kiedy miałam 11 lat nagle świat legł w gruzach. Moja mama zmarła. Nagle, na serce. Pogrzeb, jej widok w trumnie. Krzyczałam, żeby się obudziła. Nie chciałam jej dotknąć. Babcia mi kazała. Zemdlałam. Dotyk jej zimnego ciała prześladuje mnie do dziś. Nie wiem ile razy w ciągu pogrzebu zemdlałam.

Przez następne trzy lata mdlałam kilka razy w tygodniu, spędziłam w szpitalach kilkanaście miesięcy. Diagnozy, badania. Teraz widzę, że mdlałam, żeby ktoś zauważył to niewyobrażalne cierpienie, żeby przytulił, obronił. Zaczęły się rozprawy w sądach o prawo do opieki nade mną. Dziadkowie kontra ojciec i jego nowa rodzina. Powiedziałam w sądzie, że jak oddadzą mnie ojcu to się zabiję. W trakcie każdej rozprawy, siedząc w domu i czekając na dziadków, chowałam w kieszeni żyletkę. Udało się, zostałam z dziadkami. Już miałam nadzieję – będzie ok.

Niestety. Wpadłam z deszczu pod rynnę. Babcia ze skrajnymi zaburzeniami narcystycznymi, uległy do bólu dziadek. Do tego syn mojej babci z pierwszego związku i jego córka – kolejni narcyzi w moim życiu. I tak przez lata słuchałam – że jestem gruba, brzydka, sierota, co ma ze mnie wyrosnąć, tylko nauka mi została, a że szła mi bardzo dobrze, to to też zdewaluowali, bo moja kuzynka tak zdolna nie była. Babcia weszła w konflikt z wujkiem – wtedy stałam się jej mięsem armatnim. Obrywałam z każdej strony. W końcu pojawiła się u mnie autoagresja tarczycy – żeby spełnić ich oczekiwania, stałam się gruba, nie dbałam o siebie, przecież i tak nikt mnie nie zechce, wiecznie zmęczona. A kuzynka imprezowała, piła. I wszyscy się tym zachwycali – jest taka piękna, towarzyska, korzysta z życia, daleko zajdzie.

Wyjechałam na studia, tuż przed wyjazdem poznałam mojego męża. Pamiętam jak pierwszy raz poszedł ze mną na imprezę rodzinną. Po powrocie powiedział mi: „Jak Ty możesz dawać się im tak traktować? Następnym razem nie wytrzymam i coś im powiem!”. Boże jakie to było dziwne, przerażające ! Ktoś chciał mnie obronić, ktoś w tym dostrzegł problem. A ja przez te lata myślałam, że tak już musi być.

Wtedy, w innym mieście, w innym otoczeniu rozpoczęła się moja przemiana.

Konfrontacja z przekonaniami na swój temat – to było okropne, bolało jak cholera… A trochę tego było …. Czułam się niechciana. Przecież byłam wpadką… Jak to mój ojciec mi na 18 urodziny powiedział – traktowaliśmy Cię jak szmatę, bo nią byłaś …

Moje wewnętrzne dziecko było przerażone, smutne, w nieustannym lęku, wiecznie gotowe do ucieczki, a z drugiej strony tak bardzo chciało być zauważone, przytulone, było w stanie poświęcić siebie za odrobinę miłości i zainteresowania…

Jeszcze wiele przede mną, aby wykorzenić to wszystko. Aby pokochać w pełni siebie. Ale nie wróciłam tam. Zostałam w innym mieście, z wyróżnieniem skończyłam dwa kierunki studiów, od 12 lat mam tego samego mężczyznę u boku, którego kocham, który kocha mnie, przy którym czuje się bezpiecznie. Który rozumie, że jak jestem zdenerwowana to nie wolno mnie dotykać, że czasem coś mi się przypomni i wtedy potrafię płakać przez kilka godzin.

Stawiam granice dziadkom, zerwałam kontakt z wujkiem i kuzynką, bo inaczej się nie dało. Moje stawianie granic babci budzi w niej olbrzymi sprzeciw, ale nie poddam się. Dla mojego dziecka, tego wewnętrznego też. Chcę, aby miało dobry, pełen bezwarunkowej miłości dom, by zawsze czuło się kochane.

Jedno dodaje mi sił – myśl, że walka o siebie jest warta każdej ceny i nikt nie zrobi tego za mnie. Mała Madzia w końcu zaczyna się ośmielać, widzi, że ta dorosła Magda o nią walczy, broni ją, kocha, słucha i stara się jak może, żeby uwierzyła, że jest ma prawo tu być. Że jest wspaniała, dlatego, że po prostu jest. Że przetrwała i ocaliła ten kawałek siebie, który pozwala jej wierzyć, że jeszcze będzie normalnie. Że to życie będzie coś warte. Już jest coś warte. „

Zostaw komentarz...