Film, najlepszy sposób na domowy wieczór we dwoje?

Sobotni wieczór.

Pomyślnym zbiegiem okoliczności, nasze cudowne dzieci, udało się wyprawić do snu, przed 20:00. W ostatnim czasie, rozregulowanym wyjazdami wakacyjnymi, zaburzającymi nasz ‚normalny’ rytm dnia, to nie lada wyczyn. Powrót na stare tory. Oby 🙂

Z maluszkami jest tak, że są cudowne, dają ogromną radość, człowiek każdego dnia dziękuję Bogu, za szczęście jakie stało się jego udziałem.  A wieczorem opada z sił. Bo wychowanie dzieci, to wymagająca praca.

Jeśli dzień z dziećmi kończy się w okolicach 22:00, zasypiam zazwyczaj zanim zdążę uśpić juniora. Wystarczy łóżko i poduszka, a i bez poduszki by się obyło, może i bez łóżka 😛 Czasem ambitnie próbuję poczytać, leżąc na kanapie… kończy się to snem, z książką na brzuchu.

Kiedy przychodzi dzień, kiedy dzieci śpią już przed 20:00, to jest takie WOW! Mam niemal 3 godziny dla siebie! Człowiek zastanawia się, co teraz? Wyjść nie można, bo nie ma kto zostać z dziećmi. Pozostaje dom, ja i mąż. Oboje zmęczeni. To może FILM?

Utarło się, że piątkowy i sobotni wieczór, idealny czas na wieczorny seans filmowy.

Bo kolejnego dnia, nie trzeba było iść do pracy, nie trzeba było wcześnie wstawać. Oczywiście  drugie stwierdzenie, już nie jest u nas aktualne. Bo co by się nie działo, choćbym była nie wiem jak zmęczona, rano między 6 a 7 trzeba wstać, bo ktoś właśnie sprawdza, czemu moje oczy są zamknięte, próbując na siłę je otworzyć, swoimi małymi sprytnymi paluszkami. Życie z dziećmi jest inne, niż przed ich posiadaniem. FAKT. Powiedziałabym, że jest znacznie bogatsze 🙂

Wracając do wieczoru. FILM. Skoro film, trzeba poszukać odpowiedniego. Nie oglądam nic, po czym miałabym wrażenie, że zmarnowałam niemal 2 godziny życia. Czasem wyszukany, sprawdzony zwiastun, dobrze zapowiadający się film, też okazuje się nie trafionym wyborem. Bywa.

Szukam filmu, najpierw w wyszukiwarce wpisuję frazę „filmy z pozytywnym przesłaniem’ ‚wartościowe filmy’ ‚filmy godne polecenia’ Przeglądam, czytam, oglądam… znalazłam kilka, wstępnie wzbudzających moje zainteresowanie. Zajmuje mi to około 30 min. Już jestem zniesmaczona, ze przez tak długi czas muszę szukać. Zamykam komputer i myślę…

Dochodzimy do wniosku, że tak naprawdę ani ja, ani mąż, nie mamy tak naprawdę CZASU, na to żeby spędzić dwie godziny na robieniu niczego. Skoro mamy tak niewiele czasu dla siebie w ciągu dnia. To po co, jego koniec spędzać niby razem, ale patrząc na coś, co by to nie było. Czy to jest wartościowe bycie razem, w chwilach deficytu wspólnego czasu?

Zamiast filmu, zaczynamy rozmawiać.

Rozmowa, coś czego ludzie nie doceniają, co zaniedbują. Szczera, otwarta rozmowa, będąca podstawą komunikacji. A jeśli chodzi o małżeństwo, w moim przekonaniu jest to podstawa, podstaw. Są to same fundamenty pięknej ‚budowy’ relacji, której nie buduje się przez jeden, czy dwa dni. Buduje się ją latami. Czy można żyć w satysfakcjonującym związku nie rozmawiając ze sobą.

Nie mówię o rozmawianiu, takim codziennym, nazwałabym to domowym, o tym co trzeba zrobić, co trzeba kupić, co w pracy, co dzieci zrobiły, a czego nie, co ciekawego ktoś powiedział, co ktoś zrobił.

Rozmowa, o tym co najważniejsze. O nas! O naszych uczuciach, problemach, obawach, oczekiwaniach, marzeniach, wyobrażeniach, o tym co nam nie pasuje, co przeszkadza… o tym co sprawia, że jesteśmy tacy, a nie inni. O tym co w nas siedzi głęboko, często spychane przez nas samych, w najdalsze zakątki naszej skomplikowanej osobowości.

Nie można tworzyć udanego związku, bez mówienia o tym co w nas siedzi. Nie sztuką jest nakładać kolejne maski. Zakrywając swoje wnętrze. Przed kim mamy się otworzyć, pozwolić się poznać, jak nie przed osobą, którą wybraliśmy na towarzysza życia, w chwilach dobrych, jak i tych złych?

Jestem żoną od pięciu lat, niebawem będziemy świętować nasza rocznicę ślubu. Udając się w wyprawę w przeszłość, nie mogę wyjść z podziwu, jak bardzo zmieniły się nasze relacje. Jest to cudowne. Żeby zmiany szły ku dobremu, należy mieć na uwadze, że nie wystarczy znaleźć odpowiedniej osoby, trzeba być też odpowiednią osobą.

Nie jest tak, że masz męża i już SUKCES. Dalej jakoś poleci. Nie ma lecieć JAKOŚ, byle jakoś. W interesie męża jak i żony jest dbać o związek, żeby oboje byli zadowoleni ze swojego życia małżeńskiego. Jeden drugiemu ma pomagać wzrastać, zmierzać w kierunku rozwoju.

Miłość żyje tak długo, jak się na nią pracuje!

Obserwując małżeństwa w rodzinie, znajomych… gdzie choć może próbują, nie da się ukryć, że coś u nich nie gra. Że jest konflikt. Takie rzeczy się czuje. Wrogie spojrzenia, docinki, unikanie wzroku, oskarżenia.

Nie wiem jak wy, ale kiedy patrzy się na małżeństwo, na dwie osoby, to widać czy jest dobrze czy nie koniecznie. Prawda? Może akurat trafi się, że są pokłóceni tego dnia… ale jak kogoś zna się dłużej, to pewne sprawy stają się oczywiste.

Co do kłótni, to dla mnie piękne jest stwierdzenie, że kłócić się można, a raczej nie zgadzać we wszystkim, nawet trzeba. Przed końcem dnia, należy jednak dojść do porozumienia, porzucić złość i w zgodzie położyć się spać. Nie pozwalać, żeby złość i wrogość do siebie, mogła mieszkać w nas dłużej niż kilka godzin, nigdy dłużej niż do wieczora.

Nie ważne kto poda rękę, ważne żeby się pogodzić. W konfliktach nie ma wygranych, obie strony są przegrane. Nawet ten kto ma rację, jest przegrany. Bo bierze udział w walce, która nie powinna mieć miejsca.

Widzę wkoło wiele małżeństw, w których widać stały konflikt, wnioskuje, że to przez brak komunikacji. Bo nieporozumienie w którymś momencie musi się zacząć. Tak jak coś skłania człowieka, by zacząć koić ból ducha, alkoholem.

Szkoda, że czasem ludzie nie umieją porzucić żalu i wzajemnych oskarżeń. Żeby móc na nowo zacząć żyć, żyć lepiej. Nie wyobrażam sobie sytuacji że mogłabym dzielić życie, dom, wspólnie wychowywać dzieci, gdzie ten ktoś zdaje się być moim jedynym wrogiem. Bo co może być gorszego, niż traktowanie członków rodziny gorzej niż obcych ludzi. Przed obcymi się gra. Na rodzinie można wyładować swoje frustracje.

Spotkałam się kiedyś z pojęciem, że każde małżeństwo da się uratować, podzielam to zdanie. Zmiany należy zacząć od samego siebie, nie od zmieniania na siłę współmałżonka.  Żeby móc kochać innych, najpierw należy szczerze pokochać siebie. Na zmiany nigdy nie jest za późno!

 

 

 

Zostaw komentarz...