Szczęśliwi ludzie, nie krzywdzą…

Kontynuując myśl o rodzicach, dzieciach, przemocy, trudnych sytuacjach…

Większość osób walczących z przemocą wobec dzieci, lub z przemocą w ogóle. Upatruje sukcesu w mówieniu, powtarzaniu z uporem maniaka, NIE BIJ, NIE WOLNO! Ale w moim przekonaniu, nie wiele to da. Puste słowa, rzucane na wiatr.

Wiele osób skłonnych jest myśleć: Skoro ja byłem bity i wyszedłem na ludzi, to co w tym złego. Dzieci trzeba jakoś dyscyplinować. A co jest skuteczniejsze, niż twarda ręka ojca, czy matki?

Może wyszedłeś na ludzi. W sensie masz ładny dom, nieźle zarabiasz, masz fajny samochód. Ale to czy jesteś w stanie odczuwać wewnętrzną radość życia? Czy jesteś w stanie szczerze powiedzieć, że szanujesz i kochasz samego siebie? Czy możesz? To już zupełnie inna sprawa!

W życiu nie jest ważne MIEĆ! Ważne jest BYĆ! Nie tak tylko aby, aby być, ale być szczęśliwie i w pełni!

Mamy całe rzesze osób będących teraz rodzicami, głęboko i dotkliwie skrzywdzonych przez własnych rodziców. Czy są świadomi tego, że relacje między nami a naszymi rodzicami, rzucają długi, często niestety smutny cień na nasze całe życie.

Jaka byłaby najlepsza profilaktyka przemocy domowej?
Pomóc tym skrzywdzonym dzieciom, które siedzą w nas, w rodzicach. Musimy nad sobą pracować. Mieć świadomość, że to co było ciągle wywiera na nas wpływ.

Nie pozostaje bez echa to, że nasi rodzice odmawiali nam między innymi możliwości podejmowania samodzielnych decyzji, że traktowali nas jak powietrze, że nie słuchali, że nie mieli czasu, że krzyczeli, ubliżali, bili, stosowali szantaże, wyliczali pieniądze, udowadniając jakim to jesteśmy dla nich obciążeniem i ciężarem.

Każde z takich doświadczeń jest w naszej pamięci, mimo że czasem wyparte, gdzieś głęboko… ale JEST. Wpływa na nasze zachowania w ogóle, na nasze postawy życiowe, w tym na nasze podejście do własnych dzieci.

Rodzice może nas skrzywdzili, utrudnili start, pokaleczyli psychicznie i emocjonalnie.  FAKT. A może tylko tak to zinterpretowaliśmy i zapamiętaliśmy? Ale czy mamy prawo obarczać ich odpowiedzialnością za nasze pokiereszowane aktualne życie? Tych którzy są tylko spadkobiercami całych pokoleń, chorego podejścia do wychowania? NIE!

Jesteśmy dorośli, weźmy odpowiedzialność za swoje życie, nie obwiniajmy naszych rodziców! Czasu nie da się cofnąć! Nie tłumaczmy się tym, że nie mieliśmy idealnie w domu i mamy prawo zachowywać się w taki czy inny sposób.

Przerwijmy ten przekazywany z pokolenia na pokolenie brak szacunku i naruszanie godności najbliższych osób.

Ty jesteś Panem swojego życia, nikt inny. Nie rodzice, nie wpojone schematy zachowań, nie zaszczepione podejście do życia. TY jesteś odpowiedzialny za siebie, za to co robisz, lub czego nie robisz odpowiednio.
A mając dzieci, w naszej odpowiedzialności nie jesteśmy już sami, ale również nasze dzieci, małżeństwo, budowana rodzina.

Gdybyśmy mogli i umieli dotrzeć do nas samych, aktualnych rodziców. Rzetelnie przedstawić jak te konkretne złe zachowania wobec dzieci, przekładają się na ich późniejsze życie. Jak zachowania i postawy naszych rodziców wpłynęły na nas samych, jak bardzo to utrudnia nam życie. Problemu przemocy by nie było.

Niestety sprawa nie jest prosta. Patrząc na dyskusje w komentarzach pod artykułami o tej tematyce widzę, że jest ona bardzo żywa, burzliwa. Znaczy to, że dotyczy wielu z nas. Ale bardzo cieszy mnie, że my aktualni rodzice, jesteśmy ludźmi którzy chcą wiedzieć, potrafią się zmienić, nie przyjmują siebie jako kogoś kto jest, jaki jest i koniec. Bo nie jesteśmy stali. Zmieniamy się, uczymy i dzięki nam za to. 

Są ludzie tacy jak my, a są też tacy, którzy nie chcą wiedzieć, zupełnie nie zastanawiają się nad sobą, nad życiem, a co dopiero własnymi ‚uciążliwymi’ dziećmi.

Nieświadomie, ale krzywdzą.

Idzie Pani, elegancka, ładnie ubrana… wchodzi po schodach galerii handlowej, ciągnie za rękę swoje dziecko. Patrze na nią, swoim przenikliwym wzrokiem, ona przewraca oczami i mówi… „Za co Pan Bóg pokarał mnie takim dzieciakiem?” Przerażają mnie takie sytuacje, zupełnie przypadkowe, tym bardziej, że w miejscach publicznych ludzie i tak zachowują się, wyrażają w wersji złagodzonej i ugrzecznionej. Szkoda mi dziecka, szkoda mi Pani, bo zakładam, że każdy na jakiś sposób, ale kocha swoje dzieci, a sam jest poranionym dzieckiem, któremu należałoby w pierwszej kolejności pomóc.

Wyprostować ten chaos, złość, żale, agresję zasianą w dzieciństwie nie jest łatwo. Zdecydowanie jednak DA SIĘ!

Dbajmy o siebie, kreujmy nową wizję rzeczywistości, ku radości życia. Czytajmy, obserwujmy, uczmy się od mądrych ludzi. Bądźmy otwarci na zmiany!

Łącząc się z wszystkimi walczącymi o siebie, o swoje rodziny, piękne dzieciństwo i późniejsze dorosłe życie własnych dzieci, mówię DAMY RADĘ!
Nie będzie łatwo, bo nic co wartościowe nie jest proste, ale DAMY RADĘ!

Bo wszystko jest w naszych rękach! Nie w kajdanach i zawiłościach przeszłości!

Zostaw komentarz...

  • Też mnie wkurza jak ktoś mówi „Ja przeżyłem, to i moje dziecko przeżyje.” Chociaż akurat najczęściej słyszę to w kontekście edukacji.
    Tak czy siak – czy to o przeżycie chodzi?

    Pozdrawiam 🙂

    • Magdalena

      Ani o przetrwanie, ani tym bardziej o przeżycie… Ale jak mamy przekazać dzieciom receptę na szczęśliwe i pełne życie, skoro większość z nas sama tego nie wie? Żeby uczyć, trzeba mieć co przekazywać. Prawda?
      Pozdrawiam gorąco!