Kilkumiesięczny internetowy detoks. Zniewalające nawyki

Od ostatniego postu, stworzyłam kilka wersji roboczych do publikacji. Nie publikuje, bo za każdym razem zamykam komputer z myślą: w jakim miejscu jestem? Czy widzę sens w publikowaniu tego?  I czy za ten jeden klik, krok ponownie nie wpadnę?

Mniej więcej od lipca 2018 zaczęłam wchodzić na tryb off-line tak na 100%, co oznacza pół roku poza siecią. Całkowite odstawienie poprzedzone było kilkoma miesiącami stopniowego minimalizowania ilości godzin w sieci. Po co to? Celem było i jest pozbywać się kolejnych zniewalających uzależnień i przywiązań, rozważne dysponowanie czasem.

W wakacyjne dni przyszedł czas na Internet… stąd nie było mnie dość długo. Teraz chcę wrócić do pisania, robię to jednak powoli i uważnie, by nie pozwolić się wciągnąć w stary nałóg. Od wielu czaso’zjadaczy odcięłam się bezpowrotnie. Internetu potrzebuję nauczyć się na nowo, z uwagą, by nie spędzać bezmyślnie, jak kiedyś, kilku godzin dziennie przed wyświetlaczem. Bacznie obserwuję siebie w aktualnej niechęci do tej wirtualnej przestrzeni. Droga od przywiązania, przez odstawienie, do dezorientacji i wrogości.

Miewam wrażenie, że przy każdym uruchomieniu komputera, który leżał odłogiem miesiącami, czuję jakbym stała na krawędzi, gdzie jeden krok dzieli mnie od upadku w czarną dziurę 🙂 Balansuje między nowym a starym, próbując przyjąć własne podejście, które będzie mi służyć.

Jak wyglądało moje korzystanie z Internetu na detoksie? Przestałam oglądać filmy z obserwowanych kanałów YT, wchodzić na Facebook… może szybciej będzie napisać co zostało.

  • W czasie odstawienia, korzystałam z dostępu do Internetu wyłącznie poprzez:
    1) używanie komunikatora do korespondencji z najbliższymi znajomymi, a i tak bardzo limitowane. Przy okazji odstawienia internetu, moim celem stało się: przejść z kontaktów wirtualnych do realnych spotkań – oko w oko. Niektórzy sądzą, że klikanie (w międzyczasie) to nie rozmowa, że konieczne jest patrzeć drugiej osobie w oczy, z pełną uważnością – coś w tym jest.
    2) Graficzne wyszukiwanie inspiracji kulinarnych, konkretny przepis i koniec… bez wędrowania z postu na post, z blogu na inny. Bardzo lubię gotować, wiele godzin spędzam w kuchni. Uwielbiam planować, czym smakowitym nakarmić siebie i swoją rodzinę. Moja starsza córeczka stworzyła nawet piosenkę o mnie, nosi tytuł – :Kuchnia pełna miłości”, od tej pory kiedy  dzieci dopytują o składniki dania –  na końcu dodają – no i oczywiście dużo miłości <3
    3) Zakupy niezbędnych do nabycia przedmiotów, bo w sieci taniej (Wiem, że wiele osób podchodzi do sprawy nieufnie. Ja z zakupami w sieci jestem za pan brat. Byłam nastolatką, kiedy pojawiło się podłączenie do sieci – wtedy też zaczęłam przygodę z kupowaniem w sieci.
    4) Wybiórcze odczytywanie maili, np. do monitorowania zamówień. Na madziową skrzynkę pocztową nie wchodzę do tej pory, bo na widok ilości wiadomości – mam przed oczami wizję całych godzin czytania, odpisywania – co było przy moim nadmiernym zaangażowaniu okradaniem siebie z czasu.
    5) Przy wyjazdach, sprawdzanie godzin otwarcia, cen biletów, prognozy pogody itp.
    KONIEC

A Ty jak korzystasz z możliwości Internetu?

Wiem, że ta zmiana jak i poprzednie są procesami. Nauczyłam się obserwować je z ciekawością. Uczę się o sobie tak wiele, dziękuję sama sobie, że zaczęłam być dla siebie łagodna. Gdy ponownie w coś wpadam, patrzę na siebie jak na dziecko, które się uczy… wychodzę i idę dalej, czując, że każdy etap procesu jest potrzebny. Pięknie jest nie strofować, nie krytykować i nie karcić samej siebie.

Miałam wiele sposobów na uciekanie od życia, od siebie, emocji, od odpowiedzialności – tylko jedną z nich był odstawiany Internet.

W ciągu kilku ostatnich lat uwolniłam samą siebie m.in. od:
– nawyku narzekania, obmawiania, komentowania zachowań innych, zrzucenia winy za mój stan na innych ludzi lub wydarzenia,
– kierowania swoim życiem, decyzjami, zachowaniem w oparciu (niemal 100%) o nagromadzone lęki. Dziś moją podatność na uleganie lękom, uciekanie od nich oceniłabym na 20-30%
– oglądania telewizji,
– korzystania z mediów społecznościowych, serwisów informacyjnych i plotkarskich (do tego stopnia, że nie poznaję większości twarzy na bilbordach reklamowych)
– przeglądania dla zabicia czasu ofert i kupowania na Allegro i innych portaliach handlowych. To był mój sposób na wolny czas, oglądanie, szukanie… z tym, że realnie nie potrzebowałam niczego kupować. W tamtym czasie promocja, impuls stanowiło okazję do zakupów.
– gromadzenia rzeczy (zakupionych na aukcjach, w sklepach z używaną odzieżą) przy jednoczesnej niezdolności do pozbywania się z domu rzeczy zbędnych. Największy kłopot miałam z ubraniami, zabawkami dzieci. Wszystko zdawało mi się potrzebne, no bo kiedyś się przyda. Ostatnie lata to jedna wielka czystka 🙂
– tworzenia chaosu wokół siebie, bałaganu (nie odkładanie rzeczy na miejsce, kupowanie coraz to nowych „gratów”) Odkryłam, że chaos był auto-sabotażem, tworzeniem takich warunków w otoczeniu – by nie pozwalać samej sobie czuć się dobrze.
– pochłaniania słodyczy i słonych przekąsek, za każdym razem kiedy było mi źle,
– kiedy nie rozumiałam co się że mną dzieje, a czułam silne pobudzenie w środku – uciekałam w działanie, kompulsywną pracę (często poza domem, bo uciekałam od odpowiedzialności za zagracenie, chaos, nadmiar rzeczy)

To tak grubsza 🙂

Jestem z siebie dumna! Przy okazji rozpoczęcia Nowego Roku powstają w mojej głowie nowe potrzeby do modyfikacji nawyków, przywiązań.

A Ty? Na ile szanujesz swój czas? Czy też uczysz się rezygnować z tego co Ci nie służy?

Zostaw komentarz...