Gra pozorów maski

Mistrzowska gra pozorów! Dlaczego nie chcemy odkryć, kim jesteśmy?

Wyobrażam sobie, że stoję po środku bezkresnej przestrzeni. Nie stoję sama, otaczają mnie ludzie, wszyscy których kiedykokwiek miałam okazję poznać. Ogromna ilość osób. Moja rodzina, znajomi bliżsi, dalsi, osoby, które znam z widzenia, z którymi kiedyś rozmawiałam, lub w ogóle nie miałam ku temu okazji. Jestem. Powoli kręcę się w koło i widzę ich wszystkich razem, patrzę też na każdego z osobna.

O jednych wiem więcej, o innych mniej. Ale łączy ich pewna wspólna cecha, są mistrzami stwarzania pozorów, robienia dobrego wrażenia. Są wirtuozami gry aktorskiej, udawania, o niektórych można by powiedzieć, że majstersztyk fałszu i obłudy.

Czy to jakaś straszna wizja, obłąkanego człowieka? Sądzę, że to codzienność nas wszystkich.

Z tej grupy wybieram parę. Chłopak i dziewczyna. Znają się, chodzą ze sobą, może nawet planują wspólną przyszłość. Dla otaczających ich osób tworzą swój wizerunek, to jak chcą być widziani. Trzymająca się za ręce, szczęśliwa para, patrzą sobie w oczy, na portalach społecznościowych wyznają sobie miłość, wstawiają piękne, wspólne zdjęcia. Sielska, anielska radość, w czystej postaci. Nie jeden singiel czy para oburza się na ten widok, z zazdrości oczywiście. Ale kiedy podchodzę do nich bliżej, widzę już, że za uśmiechem kryje się coś jeszcze, zaciśnięte zęby, żal i rozczarowanie. Za czułym splątaniem dłoni, kryje się silny, sprawiający ból uścisk. Kiedy na nich nie patrze, ona płacze, on zaciska pięści. Kiedy słucham ich w ukryciu, zamiast wyznań miłości, wzajemnej adoracji, słyszę słowa, które ranią, które sprawiają ból. Ciskane niczym pociski, jeden za drugim, każdy kolejny bardziej celny od poprzedniego. Aby trafić jak najbliżej miejsca, które jest jak rana czekająca na podrażnienie. Kiedy zupełnie tracę ich z oczu, każdy idzie w swoją stronę, w swoim wnętrzu pieczołowicie pielęgnując, kolejny powstały uraz. Kiedy znów wracają, widzą, że patrzę, znowu się uśmiechają, są razem i wszystko wygląda tak idealnie, że zapominając o tym co widziałam przed chwilą, sądziłabym, że to szczęśliwa para, godna naśladowania.

Wybieram kolejne kilka osób. Mama, tata, dwie córki. Podjeżdżają eleganckim samochodem, wychodzą, zadbani, ładnie ubrani. Jest on, ona i dzieci. Stają razem, wyglądają pięknie, jak z obrazka. Uśmiechają się, mówią dzień dobry, pozdrawiają otaczające je osoby. Głowa rodziny rozmawia ze znajomym o pogodzie, czy samochodach. Żona dzieli się przepisem z sąsiadką. Tylko dziewczynki mają wzrok wbity w ziemię, ale może wypatrują tam mrówek przechodzących przez drogę. Nagle znajduję się w ich domu, nie wiedzą, że tam jestem. Co widzę? Poza pięknymi meblami, wystawnym domem, widzę przerażającą aż do szpiku kości ludzką tragedię. Widzę jak mąż w furii, zaciska soją wściekłą pięść, uderzając raz po raz bezbronną i wijącą się z bólu żonę, bije tak, żeby nie było widać. Dziewczynki schowały się najdalej jak mogły, słyszą tylko krzyki i płacz matki. Boją się! Nie mają gdzie uciec, są same. Czekają, czy tym razem uda im się uniknąć bólu, czy będą po prostu kolejne w kolejce. Rozlega się pukanie. Płacz i krzyk cichnie. Dzieci boją się jeszcze bardziej, bo nie wiedzą co się stanie. Pukanie trwa. Ojciec poprawia się, obmywa twarz, idzie do drzwi, otwiera. Pani zbiera ofiary na kwiaty do kościoła. On, po krótkiej rozmowie, którą stara się przeciągnąć, do granic możliwości, zaprasza ją do środka. Uśmiechnięta żona, czeka już w kuchni na gościa. Jak gdyby te poprzednie kilkanaście minut, męki i bólu, było tylko złym snem. A niestety nie, to nie był tylko sen. Pani pyta o dziewczynki, rodzice prowadzą miłą rozmowę, mama w międzyczasie woła córki. One co prawda ze strachem w oczach, ale naśladując mamę starają się nie dawać po sobie znać, że coś jest nie tak. Przecież uczą się od mistrzyni gry, w tej tragicznej sztuce.

Dalej widzę kobietę, piękna, elegancka, uśmiechnięta. Stoi i pozdrawia znajome osoby. Jest idealnym obrazem, tak zwanej kobiety sukcesu. Samowystarczalna, niezależna, odważna, pełna energii, po prostu skazana na życiowy sukces. Wyprostowane plecy, pierś do przodu, bije z niej pewność siebie i duma. Zbliżam się, widzę, że kieruje wzrok w stronę przechodzącej obok radosnej rodziny. Na jej twarzy dostrzegam zmianę, w oczach widzę łzy. Rusza przed siebie, idę za nią, teraz już nie musi się krępować, nikt jej nie widzi, po jej policzkach spływa jedna kropla za drugą. Nie próbuje ich wycierać. Idzie coraz szybciej, słyszę jak jej serce łopoce. Razem z nią cofam się do jej dzieciństwa, widzę jej wspomnienia. Stoi i patrzy, jak ojciec bije matkę, krzyczy, szarpie, ona prosi, próbuje zasłaniać córkę, ale i ją dosięga ‚sprawiedliwa’ ręka ojca. Matka go odciąga, dalej prosi. On się obraca, bierze ją za ramiona, odpycha tak mocno, że uderza o ścianę, zsuwając się na podłogę. Z jej głowy płynie krew, traci przytomność. Dziecko zaczyna przeraźliwie krzyczeć, może właściwie jest to pisk, tak dotkliwy, że ojciec stoi i patrzy… raz na córkę, raz na nieprzytomną żonę. Teraz on się boi, czując ciarki na skórze. Niesie żonę do samochodu, ciągnie dziecko za rękę. Jadą do szpitala. Kilka szwów, na szczęście nic poważnego. Co się stało? Pyta lekarz. Żona się przewróciła, spadła ze schodów. Ona potwierdza, wracają do domu. Córka płacze. Nie była to pierwsza, ani ostatnia sytuacja, gdy bała się o życie swoje i matki. Kiedy była nastolatką, obiecała sobie, że nigdy nie pozwoli się tak traktować. Słowa danego sobie, dotrzymuje do dziś. Dalej idę za nią, czuję jak wielki ból w sobie niesie. Chciałabym jej pomóc!

Spośród otaczających mnie osób, wzrok mój przykuwa on, stoi obok mamy, oczko w jej głowie. Wysportowany, wysoki, przystojny mężczyzna. Uosobienie siły i męskości. Piękny uśmiech, bystre oczy. Rozmawia z kimś, w międzyczasie odbiera telefon. Staje się nerwowy. Idzie szybkim krokiem, idę za nim. Gdy znika z zasięgu wzroku zaczyna biec. Coraz szybciej. Zbliża się do grupki osób, klepie jednego po ramieniu. Wchodzi między nich i nagle budzi się potwór. Chwyta przestraszonego chłopaka leżącego na ziemi, siada na nim. Swoją jedną silną ręką trzyma go za ubranie, bez trudu unosi jego tułów do góry, w drugiej, zaciska pięść i uderza. Raz, drugi, trzeci. Z nosa i ust chłopaka płynie krew, jego głowa zwisa już bezwładnie. Ciosy się nie kończą, ktoś krzyczy, próbuje odciągnąć, on jest jak w transie, nic nie słyszy, nie przestaje. Zaciska tylko coraz mocniej zęby, puszcza go, bo powoli traci siły. Chłopak jest nieprzytomny. Nie! Otwiera oczy, mówi coś. On chwyta go znowu, teraz za oba ramiona, unosi i uderza nim o ziemie, raz i jeszcze i jeszcze. Adrenalina, rozszerzone źrenice, patrzy na bitego chłopaka, ale nie widzi jego, widzi twarz własnego, znienawidzonego ojca. Widzę w jego oczach, historię, która stała się jego udziałem. Jest małym chłopcem, patrzę jak ojciec trzyma go za ramiona i uderza nim o ścianę, aż osuwa się na ziemię. Kolejny raz popycha go, on się przewraca, znów wstaje, bije po twarzy. Innym razem wyrzuca go z domu, a właściwie zrzuca ze schodów. Bezradny chłopiec, nie może zrobić nic, nie ma jak się bronić, za każdym razem musi wrócić. Patrze na niego i sama mam łzy w oczach. Patrzę na tego chłopca, który kryje się w ciele tego dorosłego, silnego mężczyzny. Rozładował swoją złość, przestał bić. Teraz ucieka, biegnie, zaczyna znów czuć ból, czy jest świadomy, że krzywdzi nie tego człowieka, którego by chciał. Podchodzi do strumienia obmywa ręce, wraca do matki, całuje ją w czoło. A ja cała drżę z przerażenia.

Historii takich mogę stworzyć wiele. Jest jednak w nich coś, co dla mnie jest oczywiste, jak nic innego na świecie, że my często sami siebie nie znamy.  Nie wiemy skąd biorą się w nas takie, a nie inne zachowania. A na pewno nie jesteśmy, tacy jak pokazujemy się wszystkim w koło. Kochająca się para, idealna czteroosobowa rodzina, piękna żona z mężem i córką, kobieta sukcesu, przystojny, radosny mężczyzna.

Jak wiele osób zna cię naprawdę? Czy ty sam siebie znasz?

Co nam daje takie tworzenie pozorów?
Kreowanie siebie pod innych. Żebyśmy byli dobrze odebrani. Bo wszystko na zewnątrz musi wyglądać tak idealnie. Każdy stara się być kimś, kim nie jest.

Nawet jeżeli jedno czy dwoje z nas odważą się pokazać jacy są, tak naprawdę, o ile uda się im to odkryć, inni zamiast pomyśleć, też chcę stać się wolny, chce mieć prawo do słabości i błędów… staną wkoło tych dwóch osób i zaczną szydzić. Jaki ty jesteś słaby, nieudany, przykry, wręcz żałosny. Ze spojrzeniami pełnymi pogardy, zniszczą ich i zrównają z błotem.

Zamiast podejść, uścisnąć i powiedzieć: bracie, siostro nie jesteś sam! Ja w sobie noszę ten sam ból! Też walczę! Każdego dnia na nowo! Z nadzieją wstaję licząc, że kolejny dzień coś zmieni. Że może nagle, stanę się szczęśliwy i przestanę czuć tą palącą, piekielną pustkę. Ale nic takiego się nie dzieje. Nie wiem co robić, nie mam odwagi. Pomóż mi… też chcę być wolny! Proszę, pomóż mi!

Im więcej wiem, z tym większym dystansem, współczuciem i zrozumieniem, patrzę na osoby wokół mnie. Bardzo daleka jestem od oceniania kogokolwiek, nawet jeśli moim zdaniem źle postępuje. Bo wiem, że nie ma ludzi złych, to są ludzie skrzywdzeni, pogubieni i nieszczęśliwi.

Nie wiemy jak żyć, bo nikt nas tego nie nauczył. Żyjemy w chorym świecie poprawności, tradycji, kierując się tym co wypada, a co nie, często robiąc to wszystko wbrew sobie.

Największą tragedią ludzkości jest to, że nie wiemy co nami kieruje! Skąd nasze zachowania, które sami czujemy, że są nieodpowiednie.

Ja po raz kolejny powiem wam, że wszystko co jest w nas, ma swoje źródło w naszej przeszłości. Jak w opisanych historiach, to co stało się naszym udziałem w dzieciństwie, teraz też wywiera na nas wpływ. Nasze historie nie musiały być tak tragiczne, jak te przytoczone. Wiecie, że brak miłości i szacunku, jest równie, a może bardziej bolesny niż bicie do nieprzytomności.

To brzemię przeszłości odzywa się  i ucieleśnia w naszych zachowaniach, w codziennych sytuacjach. Zawsze gdy czujemy się jak kiedyś, jak bezradne, odrzucone, nierozumiane dzieci. Budzi się wtedy cała gama nieodpowiednich zachowań, często agresywnych i krzywdzących, które kryją za sobą strach odrzucenia, brak miłości, smutek, żal i rozczarowanie. A wszystko to jest przykryte grubą warstwą niezrozumienia.

Życzę nam wszystkim żebyśmy mieli odwagę otworzyć oczy!

Kiedy to zrobimy, otworzymy przed sobą drzwi, jak przekroczymy ich próg, zamkną się z hukiem i nigdy nie będziemy chcieli wrócić do tej ruiny, której tak kurczowo się trzymaliśmy.

ODWAGI! Mogę iść z Tobą, jeśli chcesz! Ja pełna nadziei, odważyłam się wyjść, teraz ze strachem w oczach, ale idę, co dzień kilka kroków w przód. Czasem muszę się zatrzymać, lub cofnąć… ale idę, nie stoję w miejscu.

Przypomniał mi się wierszyk z książeczki córci: „… siedzę w błocie, patrzę w koło, wcale nie jest mi wesoło! Nagle, co to? Ktoś przystaje, patrzcie, rękę mi podaje. Tu ktoś mały, tam ktoś duży, wyciągają mnie z kałuży…”

Niech otoczy nas wszystkich, taki cały krąg pomocnych, serdecznych dłoni!

Zostaw komentarz...