Pokochać siebie!

Magdalena, nieidealna… Nasza przeszłość, wraca do nas każdego dnia!

Jest 1:20 ja nie śpię, mimo ukrytego w tym wielkiego nierozsądku. Sen jest na wagę złota, a ja nie śpię, tylko myślę.

Uderzył mnie dzisiaj fakt, że każdy z nas, każdy z osobna ma swoją historię. Nie jest to jakoś specjalnie odkrywcze. Ale jeśli na to spojrzymy z odpowiedniej perspektywy, staje się to NADZWYCZAJNE!

Rozmawiam ostatnio z wieloma osobami i wiecie co je wszystkie łączy? Bynajmniej nie to, że są idealnie. Bardziej to, że każdy ma swoją, mniej lub bardziej smutną przeszłość, lub chociaż fragmenty tej przeszłości, które ciągle wracają, są bolesne i realnie rzucają długi cień na ich życie.

Najbardziej oburza mnie jednak fakt, że jesteśmy skłonni myśleć, że tylko my jesteśmy nie tacy jak trzeba, że wszyscy wkoło są lepsi i mają łatwiej, że nie dotykały ich te przeróżne nieprzyjemności i trudy, które były naszym udziałem.

Mając świadomość, że nasze tu i teraz, wynika z tego co było kiedyś, wszystko zaczyna nabierać wyraźnych kształtów. Nie chodzi o to, że urodziłam się z blond włosami i nadal je mam.

Chodzi o coś więcej.

Przykładowo o to, że moje niskie poczucie własnej wartości, które dzięki mojej pracy nad sobą, staje się coraz bardziej przeszłością, niż teraźniejszością z czegoś wynika. Bynajmniej nie z tego, że taka po prostu byłam tylko, że w moim domu, jak i większości z nas, nie było bezwarunkowej miłości. A skoro dziecko na miłość własnych rodziców musi ZASŁUŻYĆ, a i tak często są nieobecni, to uczy się, że coś z nim jest nie tak.

W tym momencie na naszej życiowej drodze, zaczynają pojawiać się niemałe przeszkody, czasem są to całe, ogromne zwalone drzewa, czy głazy uniemożliwiające pójście dalej. Nie można ich przeskoczyć, przesunąć ani ominąć. Nasza droga momentami staje się tak trudna, że musimy się zatrzymać.

Żeby jeszcze bardziej zobrazować wpływ przeszłości na nasze aktualne życie, przytoczę pewne sytuacje i fakty z mojego życia.

Wieczór, siedzę z mężem rozmawiamy. W pewnym momencie on przysuwa się do mnie i klepie mnie po brzuchu. Śmieszne, ale patrzę na niego i „wiem” o co chodzi. Może nie do końca wiem, to bardziej znaczy, że już w głowie układam teorię, nawet zanim on zdążył cokolwiek powiedzieć. Myślę, no faktycznie ostatnio pozwoliłam sobie na wiele, no i przybyło te 2-3 kg. To co pomyślałam, zaczęło uruchamiać pewne przeszłe sytuacje w mojej głowie. Ale uśmiecham się, dalej rozmawiamy, żartujemy, a w tle, w moim wnętrzu zaczyna się dziać.

Kolejny dzień zaczął się jak niemal każdy poprzedni, ale moje samopoczucie nie jest takie jak zazwyczaj. Jestem lekko przygaszona, smutna. Ignoruje to, wstaje, porywa mnie wir codzienności. Wieczorem kiedy znów spotykam się na spokojnie z mężem, czuje wiszące w powietrzu napięcie, takie zapowiadające jakiś mały lub większy konflikt. Cały koniec dnia toczy się w sposób niemal niekontrolowany, ja działam w trybie złośliwości, tak jakbym chciała, żebyśmy faktycznie się pokłócili, ostatecznie udało się.

Czy wczorajszy wieczór ma związek z kolejnym? Oczywiście, że ma. Ja w momencie kiedy poczułam się nieakceptowana, odrzucona i nieatrakcyjna obudziła się we mnie nieodzowna, nieuświadomiona chęć ‚zemsty’. Chciałam zrobić coś, cokolwiek, żeby on też poczuł się źle. Prawda, że obłędne!

Najgorsze jest to, że mąż nawet nic mi nie powiedział, co sugerowałoby, że coś jest nie tak. To moja błędna interpretacja, uruchomiła całą lawinę niekontrolowanych myśli i zdarzeń. A skąd ta interpretacja? I przeświadczenie, że każdy chce pokazać mi jaka jestem nieidealna? Że wszystkie sygnały ze świata wskazują, że coś ze mną jest nie tak, że znów muszę coś naprawiać, poprawiać, żeby podobać się otoczeniu?

Ja już wiem skąd to się bierze.

Cofam się najpierw do czasów szkolnych. Byłam wysoka, jeszcze przed rozpoczęciem szkoły średniej, miałam aktualny wzrost, czyli jakieś 178 cm. Byłam wyższa od niemal wszystkich nauczycieli, nie mowa o uczniach, gdzie niektórzy sięgali mi do pachy. Czy była to sytuacja komfortowa, zdecydowanie nie. Nie byłam też anorektyczką, jak patrzę na stare zdjęcia, to teraz myślę, że byłam taka akurat. Ale wtedy tak nie myślałam. Prześladowało mnie określenie „Aleś ty wielka…” „Ale ona duża..” i podobne. Utożsamiłam się z tym WIELKA, DUŻA, znaczyło to również INNA, doszło do tego GRUBAS, co spowodowało, że przez większą część swojego życia myślałam, że jestem po prostu BRZYDKA i NIEATRAKCYJNA. Wycofana z życia społecznego, izolowałam się, nie chodziłam na dyskoteki, właściwie moje wychodzenie z domu ograniczało się do chodzenia do szkoły, ewentualnie odwiedzania wybranych koleżanek.

Cofam się jeszcze bardziej. Bo teraz wiem, że brak poczucia własnej wartości i atrakcyjności nie rodzi się w szkole, w konfrontacji z rówieśnikami, tylko w domu rodzinnym.

Tutaj nie będę się rozpisywać, bo jeszcze na to nie czas. Ale mimo tego, jak mogło być faktycznie, ja czułam to co czułam. A niestety nie czułam się akceptowana, nie mogę również powiedzieć, że moi rodzice w pełni akceptowali sami siebie i tym samym nie mogli zaakceptować mnie i nauczyć mnie tego. Brakowało budującej komunikacji. Nie było nikogo kto mógłby mi powiedzieć, że jestem piękna, że jestem wyjątkowa, że jestem jedyna, że jestem WAŻNA, że jestem taka jak mam być, że nie muszę wyglądać tak jak każdy inny, czy choćby jak większość.

Także przez większość życia byłam przeświadczona, że coś ze mną jest nie tak, że nie jestem taka jak być powinnam, przytłaczało mnie to poczucie inności. Chodziłam po omacku, coraz bardziej wycofując się z kontaktów z ludźmi. Wiem, że straciłam przez to wiele, a co najgorsze straciłam swój potencjał, swoją twórczość, którą teraz mozolnie odzyskuję.

Co najgorsze, TO nie jest tylko moją przeszłością, jest to również moja teraźniejszość. Sytuacja z mężem, uaktywniła moje poczucie nieodpowiedniości. Kiedy zaistniała wytworzona przeze mnie myśl „przybrałaś na wadze” pojawiły się również GRUBAS, DUŻA i WIELKA nie Madzia, ani Magdalena tylko Magda. Pojawiły się uczucia, które towarzyszyły mi wtedy, głównie bezsilność, poczucie wstydu. Bo co można zrobić będąc dzieckiem, którego nie nauczono myśleć o sobie dobrze. Może się buntować, ale nie ma wsparcia, samo nic nie zrobi. Pozostaje bezradność i strategia przetrwania… funkcjonować tak żeby jak najmniej być, żeby nie było mnie widać, żeby przy każdej sposobności móc się schować.

Ja do czasu kiedy nie interesowałam się tematem działania ludzkiej psychiki, nie podejrzewałam, że te nagle napływające negatywne uczucia i poczucie krzywdy, to nie jest wina aktualnej sytuacji, tylko tego, że to wydarzenie pobudza we mnie moją historie. Historię, która nie jest jakaś archaiczna i martwa, tylko ciągle jest aktywna i żywa.

Mając świadomość tego, że wszelkie bezsensowne, bezpodstawne konflikty, wszystkie nieadekwatne reakcje na codzienne sytuacje, mają swoje źródło w nas, możemy nad tym pracować. Możemy poznawać się na nowo, a mając wiedzę jak to działa, zacząć zmieniać własne zachowanie.

Świadomość mechanizmów naszego postępowania, możliwość poznania realnego źródła naszego złego samopoczucia, pozwoli nam zamienić niekontrolowane i nieuświadomione (nad) reakcje czy błędne interpretacje na świadome, odpowiedzialne działanie.

Większość z nas nie zastanawia się nad codziennością, nie jest uważna na to jak reaguje, na określoną sytuację. A co byśmy nie robili… nasza historia, wydarzenia z przeszłości szczególnie, te które mogą nosić znamiona traumatycznych wywierają na nas realny wpływ. 

Myślę, że wielu z was będzie się odnajdować w mojej historii, bo mimo tego, że wydaje nam się, że jesteśmy tacy unikalni w swoich przeżyciach, to jednak wiele nas łączy.

Pozdrawiam was, ja nieidealna Magdalena, choć coraz bardziej staram się przytulać siebie, mówić miłe słowa i powoli wierzyć, że jestem jak należy, że nie muszę zasługiwać na niczyje uznanie, tym jak wyglądam lub tym co robię. Trudne zadanie ale jestem przekonana, że będzie zakończone sukcesem. Mam nadzieję, że będę umiała nauczyć własne dzieci tego co najważniejsze: kochać siebie!

Ps. Tak, kochać siebie, nie napisałam tego przypadkiem. Bo jak człowiek zmieni spojrzenie na siebie to odkryje, że miłość do siebie jest NIEZBĘDNA, żeby móc żyć w zgodzie ze sobą. Konieczne jest szanować siebie, akceptować, dbać o siebie, troszczyć się o swoje potrzeby, w moim przekonaniu wyraża to jedno słowo MIŁOŚĆ do siebie! Nie ma ona nic wspólnego z egoizmem, czy egocentryzmem. Nawet przykazanie miłości mówi „Będziesz miłował (…) bliźniego swego jak siebie samego!”. Czy nie jest oczywiste, że w pierwszej kolejności trzeba kochać siebie, żeby otaczających nas ludzi w ogóle umieć pokochać i traktować należycie?


Zapraszam gorąco do dyskusji w komentarzach. Możesz pisać również anonimowo, jako gość (instrukcja).

Like
Like Love Haha Wow Sad Angry

Zostaw komentarz...

  • Anja

    Madziu chyba wiem o co Ci chodzi;)

  • Basia

    Magdaleno, podoba mi się Twój wpis. Jest taki – szczery, autentyczny, prawdziwy, obnażający to o czym nadal się mało mówi. Cieszę się że się tym dzielisz. 🙂 I pozdrawiam ciepło. Ku Miłości!!! 😉

  • Basia

    chciałam jeszcze dodać, że swoim wpisem uświadomiłaś mi, dlaczego w niektórych sytuacjach tkwię latami i nie mogę z nich wyjść: „bo historia niestety się powtarza”, co oznacza emocje, stan wewnętrzny i opinia na własny temat. Dzięki !!!

    • Basiu serdecznie dziękuję 🙂 <3 ściskam! No i niech żyje MIŁOŚĆ!