Z życia Alicji, bo „Dzieciństwo ma znaczenie!”

Dziś zapraszam trzecią historię z cyklu Dzieciństwo ma znaczenie!. Każdy z nas ma historię do opowiedzenia, być może też masz potrzebę podzielić się najcenniejszym co masz? Sobą i swoim doświadczeniem? Napisz do mnie!

W dzisiejszym poście przedstawiam, historię dzieciństwa Alicji, jej odbiór tego co się z nią działo, jak to wpłynęło na jej dorosłe życie. Poniżej cytuję nadesłany do mnie list:

„Moja droga zaczęła się, jak to często bywa, od kryzysu, w 2014. Wcześniej od dłuższego czasu czułam że czegoś mi brakuje, ale nie wiedziałam czego. Trwałam tak dzień po dniu tracąc powoli radość życia. Pewnego ranka obudziłam się i pierwsza myśl która pojawiła się w mojej głowie brzmiała: „To wszystko? Twoje życie już zawsze będzie tylko takie?”

Niedługo po tym zdarzeniu, kiedy umarła moja kochana babcia pomyślałam, że życie jest zbyt krótkie żeby trwać w tym, co znane tylko dlatego, że to bezpieczne.

Podjęłam decyzję że zostanę nauczycielką. Koledzy z pracy zawsze twierdzili że na pewno byłabym w tym dobra. Sama wiele razy odrzucałam ten pomysł, aż pewnego ranka niespodziewanie stwierdziłam: ok, idziemy na żywioł. Mieszkałam wtedy w Anglii gdzie wystarczy kilkumiesięczny kurs CELTA żeby uczyć angielskiego; wiedziałam że nie podejmuję wielkiego ryzyka. Mogę na razie mieć swoją starą biurową pracę w szkole, spróbować czy nauczanie mi się podoba i wrócić do starej pracy jeśli nie wyjdzie. Nigdy wcześniej nie chciałam nawet myśleć o uczeniu, bo zawsze bałam się mówić w większych grupach i bycie w centrum uwagi było dla mnie ogromnie stresujące. W mojej dotychczasowej pracy miałam okazję trochę oswoić ten strach i myślałam że dam sobie radę. Kiedy zaczęłam uczyć spodobało mi się to, że jestem niezależna i to bycie w centrum uwagi nawet bywało przyjemne.

Problemy zaczęły się kiedy musiałam uczyć wyższe poziomy. O ile poziom początkujący i średnio’zaawansowany „ogarniałam” bez większego problemu to wyższe poziomy mnie przerażały. Pojawił się strach, że uczniowie zaskoczą mnie pytaniem, na które nie będę znała odpowiedzi, że odkryją, że tak naprawdę nie wiem co robię i że nie jestem dość wykształcona, inteligentna, doświadczona żeby ich uczyć… bałam się upokorzenia.

Spędzałam cały czas po pracy na przygotowywaniu lekcji żeby niczym nie mogli mnie zaskoczyć. Oprócz tego perfekcjonizmu chciałam też żeby mnie lubili i żeby lekcje były dla nich fajne, ciekawe, nienudne, żeby się dobrze bawili.

Wiedziałam, które nauczycielki są najbardziej lubiane i chciałam być jak one… z jakiegoś powodu bycie sobą nie wchodziło w grę… jednak dalej nie potrafiłam poczuć się swobodnie. Było to ogromnie wyczerpujące. Miałam bóle głowy, brak energii, bóle mięśni, ściskane w żołądku, nie mogłam spać, cały czas myślałam o pracy, nie potrafiłam się odciąć nawet na chwilę.

To było jak obsesja.

Co rano medytowałam i słuchałam nagrań z hipnozy żeby się uspokoić i przygotować do pracy. Co kilka tygodni brałam kilka dni wolnego żeby się zresetować. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać czy moi uczniowie mówią innym, że nie jestem dobrą nauczycielką, sprawdzałam formularze ocen, które zostawiali po ukończeniu kursu, dopytywałam się czy ktoś się na mnie nie skarżył… zakrawało to na paranoję. No ale wszyscy koledzy mówili, że pierwszy rok jest najgorszy a potem będzie coraz łatwiej. Wierząc w to brnęłam tak ignorując krzyk z mojego wnętrza który próbował mi powiedzieć że się niszczę… myślałam o koleżankach, które potrafiły uczyć się nocami na studiach i myślałam sobie, że ja też tak mogę, że dam radę…

Po roku uczenia dostałam nową grupę – wysoki poziom i po jednym dniu z nimi, moje ciało było tak ściśnięte i zdrętwiałe ze stresu, że nie dałam rady iść do pracy. Po tygodniu przerwy chciałam spróbować iść jeszcze do pracy ale znowu poczułam tą panikę i wiedziałam, że nie ma mowy żebym mogła w takim stanie pracować.

Wróciłam do Polski na kilka tygodni w ciągu których przeszłam terapię u psychologa, która naprowadziła mnie na drogę uleczania i rozwoju. Podczas terapii ożyły sytuacje z dzieciństwa, które zawsze gdzieś były w mojej pamięci. Sytuacje w których byłam ośmieszana za to, że czegoś nie wiedziałam, że nie znałam zasad gramatyki, dat historycznych itp. byłam najmłodszą z trzech sióstr.

Moja najstarsza siostra zawsze wywyższała się swoją wiedzą nade mną i moją średnią siostrą… do tego czasem dołączali się rodzice, którzy nie wiedzieli jak ważna jest pozytywna motywacja i zachęcanie dziecka przez docenianie jego starań.

Nagminnie byłam porównywana i odbierałam komunikaty (niedosłowne), że nie dość się staram, kiedy o ironio całe dnie po szkole poświęcałam na naukę, czego efekty były i tak niezadowalające ani dla mnie, ani dla moich rodziców… zawsze czułam, że mam za dużo materiału do nauki i nigdy nie dawałam rady wszystkiego przyswoić.

Przełożyło się to na ciągły stres. Przez to wszystko wykształciło się we mnie przeświadczenie, że mam w jakiś sposób ograniczone możliwości intelektualne, że jest pewien pułap w życiu zawodowym którego nie przekroczę… tak jak w szkole byłam przeciętną uczennicą, tak w życiu dorosłym czułam się przeciętna. Przerażały mnie rozmowy o pracę, ponieważ musiałabym mówić o swoich zaletach, których nie byłam pewna i myślałam, że fakt, że udaję kogoś kim nie jestem zostanie odkryty.

Drugim aspektem który okazał się problematyczny była moja osobowość. Jestem z natury flegmatykiem i introwertykiem. Pamiętam że zawsze chciałam być bardziej przebojowa, wygadana i pewna siebie. Taka była moja średnia siostra która w dzieciństwie była moim „góru”. Jak to młodsze dziecko wszędzie z nią, lub za nią, chodziłam, jej koleżanki były moimi itd…ale w pewnym momencie ona nie chciała żeby młodsza siostra się za nią „wlokła” co sprawiło że czułam się odrzucona…Potem często pojawiały się sytuacje kiedy ona była przyjmowana do grupy a ja czułam się odrzucana. Zawsze czułam się inna i nie dość fajna i chciałam być bardziej imprezowa i przebojowa. Stałam się kameleonem dopasowującym się do danej grupy. Kiedy znajomi ze szkoły średniej spotykali się z moimi znajomymi z dawnych lat był we mnie strach że coś odryją o mnie, że odkryją że udaję kogoś kim nie jestem, no bo przy jednych starałam się być „cool”, a przy drugich mogłam być bardziej sobą. Teraz przyszedł czas żebym zaakceptowała swoją introwertyczną naturę i to mi się udało.

Po kilku latach intensywnej pracy nad sobą myślę że udało mi się zrozumieć przyczyny tego syndromu kameleona. Jako najmłodsze dziecko obserwowałam mamę, tatę i dwie siostry i wyciągałam wnioski odnośnie tego co jest akceptowane a co nie, jakie zachowania są chwalone a jakie karcone. Z opowieści wiem że jako 2 letnie dziecko dostałam srogie lanie za to że ugryzłam moją siostrę..zapewne broniąc swojego terytorium czy granic. Z pewnością była to dla mnie destruktywna w konsekwencjach nauczka, że nie można walczyć o swoje bo grozi za to surowa kara. Z uwagi na moją introwertyczną naturę jestem nastawiona bardziej na chłonięcie otoczenia niż wyrażanie siebie. Sądzę że dzięki temu tak szybko i efektywnie uczyłam się tego co jest dopuszczalne a co nie i jaka powinnam być, żebym była bezpieczna i akceptowana.

Kolejnym problemem który wyszedł podczas terapii było moje wypieranie emocji. Bardzo rzadko się złościłam ale i straciłam radość życia, zwłaszcza w tym roku uczenia. Kiedy zagłębiłam się w tą sferę okazało się że w dzieciństwie bycie naturalną i okazywanie emocji często spotykało się z gwałtownymi reakcjami, które odbierałam jako sygnały że lepiej się nie złościć, krzyczeć, spontanicznie wyrażać myśli, bo mogę zostać okrzyczana lub wyśmiana. Ta sfera wyrażania siebie jest do dziś we mnie zablokowana przy mojej mamie. Czuję jak coś w środku mnie kontroluje żebym się do niej za bardzo nie zbliżyła, żebym nie była naturalna, bo w czuję że może to grozić tym że znowu przekroczy moje granice a ja nie będę się mogła obronić. Że tak jak dawniej odsunie mnie na bok i będzie odpowiadać za mnie, mówić o mnie kiedy sobie tego nie życzę i w jakiś sposób przeniknie mnie, tak jak wtedy, kradnąc mój głos, niezależność, emocje, że tak jak wtedy będzie wydawała polecenia i traktowała mnie jak marionetkę która nie ma prawa do własnego zdania i potrzeb… moja mama zawsze potrzebowała być zauważana, w towarzystwie najgłośniej się śmiała i mówiła, wcinała się w rozmowy… ma tendencję do wybuchania głośnym śmiechem i pamiętam że tak reagowała na moje zachowania, co mnie zawstydzało…ten wstyd chyba dalej we mnie jest. Do samo’terapii najczęściej używam metody opukiwania i podczas ostatniej sesji odkryłam że ten wstyd który czułam był przykryty wstydem za ten wstyd… w którymś momencie przyjęłam postawę nieprzyznawania się do tego co czuję, że to co czuję jest wstydliwe. Pamiętam sytuacje ze znajomymi moich rodziców, że czułam, że rodzice są mną zakłopotani, jakby się mnie wstydzili… kiedy robiłam czy mówiłam coś czego nie akceptowali.

Była kontrolującą i nadopiekuńczą matką. Przeważnie coś się działo bo ona tak zarządziła, bez konsultacji czy możliwości negocjacji. Ostatnio bardzo się zdziwiła, kiedy moja siostra powiedziała że jej 5 letni syn nie chce iść do fryzjera. Zdziwienie było wywołane faktem, że go pytała a nie po prostu powiedziała, że ma iść. Raz moi siostrzeńcy radośnie i głośno bawili się, biegali po ogrodzie nie przeszkadzając nikomu a ona w jakimś momencie powiedziała: „no może już wystarczy”, widocznie z jakiegoś powodu nie była w stanie znieść ich szczerej nieokiełznanej radości… Pamiętam, że kiedy zerwałam z chłopakiem mając 20 lat i mama zastała mnie zapłakaną to mówiąc jej, że zerwaliśmy bo już go nie kocham czułam lęk, że znowu zlekceważy moje uczucia, uśmiechnie się pobłażliwie, powie żebym się nie przejmowała, że nic się nie stało. Pamiętam jak mawiała: „jakie wy możecie mieć problemy, zobaczycie jak dorośniecie, co to są problemy”. Mawiała, że przez nas ma nerwicę żołądka, że przez nas ma kurzajkę, że przez nas jej zrzedły włosy… w taki sposób wpoiła mi poczucie odpowiedzialności za nią, za to jak ona się czuje i co przeżywa. Teraz moi rodzice przechodzą własny kryzys i kiedy to się zaczęło odkryłam, że czuję odpowiedzialność żeby jej pomóc, torturowałam się wyobrażeniami tego co ona przeżywa, chodziłam załamana, tak jakbym musiała to przeżyć z nią. Udało mi się dojść do źródła tego mechanizmu i odciąć się od tego, choć nadal czuję lekkie poczucie winy, że jej nie wspieram nawet rozmową, a to dlatego że mój gniew jest tak żywy, że bardzo ciężko mi jest być w jej obecności a co dopiero być z nią w przestrzeni współczucia i miłości.

Dalej żyje we mnie żal, że przez tą jej głośną osobowość ja nie miałam miejsca na rozwinięcie mojej, choć tak naprawdę to chyba było tak, że ja rozwinęłam swoją osobowość tylko jej nie lubiłam, wstydziłam się jej i przez długi czas nie dałam jej miejsca… pamiętam, że kiedy wyjechałam do Anglii jako 21 latka to po raz pierwszy poczułam, że wreszcie mogę oddychać pełną piersią i być naprawdę sobą, mieć święty spokój.

Za każdym razem kiedy wracałam do rodziny w odwiedziny czułam, że się w środku przestawiam, że jestem jakaś inna. Teraz rozumiem że przestawiałam się z trybu bycia sobą na tryb rodzinny, w którym byłam taka jaką oczekiwano że mam być, taka jaką mnie wytresowano. Wpojono mi że inni są ważniejsi niż ja, że to co ja przeżywam nie jest ważne, że jedynie bycie grzeczną jest akceptowane…Obserwuję teraz moją mamę z moimi siostrzeńcami i dzięki temu wiem że to wszystko co czuję jest prawdziwe, że byłam traktowana tak jak pamiętam, czasem pojawia się we mnie ogromny gniew kiedy słyszę co im mówi i jak chce ich kontrolować. Z drugiej strony wiem, że się stara bo rozmawiałam z nią trochę o problemach które we mnie spowodowała i widzę, że przyjęła za to odpowiedzialność. Rozumiem też że wtedy starała się jak mogła ale po prostu nie była świadoma, nie miała też wsparcia swojego męża… rozumiem ale na razie jest czas na gniew… nie myślałam że ten etap gniewu będzie tak długo trwał (2 lata) ale wiem, że pokazuje mi on, że jeszcze mam nad czym pracować.

Jako dziecko byłam nieśmiała, w przedszkolu kiedy moja siostra poszła do szkoły przestałam odzywać się do przedszkolanek. Potem w podstawówce wychowawczyni wezwała moją mamę żeby podzielić się z nią swoimi obawami na mój temat; powiedziała że nie chcę mówić i że nigdy się nie zgłaszam, nawet kiedy znam odpowiedz. Często w towarzystwie słyszałam pytanie: „dlaczego się nie odzywasz?”, a także mówiono o mnie „cicha woda brzegi rwie” jeśli zrobiłam coś co odstawało od obrazu mojej spokojnej osobowości. Bardzo mnie to drażniło, bo ja tak bardzo nie chciałam być „cichą wodą”. Poza tym w przedszkolu często bolał mnie brzuch, co zapewne było na tle nerwowym, choć też mógł wynikać z mojego wrażliwego układu trawiennego i ogólnej wrażliwości. Co ciekawe dopiero niedawno dowiedziałam się że jestem wrażliwą osobą. Kilka lat temu powiedział mi o tym akupunkturzysta a potem terapeutka. Może dlatego nigdy sobie z tego nie zdałam sprawy że zawsze tłumiłam emocje i udawałam przed sobą i innymi że mnie nic nie rusza. Zauważyłam że mam naturalny odruch negowania tego co czuję i chyba dalej trochę się wstydzę przyznać kiedy jestem zakłopotana czy zawstydzona. Ta emocja jeszcze jest dla mnie kłopotliwa.

Druga strona mojego dzieciństwa to mój nieobecny emocjonalnie ojciec. Zawsze czułam się kochana przez niego i przez mamę ale tato jest pracoholikiem i do tego nawet kiedy był w domu to nie poświęcał nam czasu ani uwagi. Jest też z natury krytyczny więc bardzo ciężko było o pochwały. Czuję do niego żal o to że nie okazywał mi zainteresowania, nie próbował mnie zrozumieć, wejść w mój świat i prowadzić mnie przez życie i wspierać. On też nie rozumiał emocji i stosował przemoc fizyczną (klapsy) i emocjonalną. Ostatnio mi powiedział że jako najmłodsze dziecko zawsze byłam najgłębiej w jego sercu (nigdy wcześniej nie słyszałam tak emocjonalnych słów z jego ust) ale jakoś to nie wystarczy…ja jako dorosła osoba wiem, że zawsze mnie kochał ale mała Ola dalej ma żal. Ojciec zawsze był wycofany i żył w swoim świecie: praca, po pracy tv. Mam wrażenie jakbym ja z siostrami i mamą żyły razem i on osobno w swoim świecie. Mamie też nie poświęcał tyle uwagi ile potrzebowała, co mogło być wynikiem jej nadmiernej ilości roszczeń i głośności. Rozumiem to bo sama mam automatyczny odruch wycofywania się w jej obecności i czasem jest jej po prostu za dużo.

Jako dorosła osoba miałam (bo niektóre już nie istnieją) problemy z mówieniem w grupach bo czułam się oceniana, myślałam że może nie mam nic interesującego do powiedzenia, że moje słowa zostaną zignorowane lub wyśmiane lub że mi ktoś przerwie, że się zgubię w tym co mówię. Kiedy zawierałam nowe znajomości zawsze był lęk, że znajomość nie będzie kontynuowana bo okaże się, że nie jestem dość interesująca, nawet sama sabotowałam pewne znajomości żeby mnie nie odrzucono. Trwałam przez kilka lat w pracy która nie dawała mi satysfakcji ale była bezpieczna i znajoma. Staranie się o nową oznaczało ogromny stres, bycie ocenianą i potencjalne odrzucenie, upokorzenie, potwierdzenie, że jednak się nie nadaję. Przez kilka lat trenowałam sztuki walki i pamiętam że na początku nauczyciel mnie pochwalił, powiedział że dobrze mi idzie, ale dla mnie gdzieś podświadomie łączyło się to z presją, że będzie ode mnie oczekiwał że będę dalej dobra i będę robiła postępy, czego nie potrafiłam zapewnić, i chyba powstrzymało to osiągnięcie wysokiego stopnia w tej dziedzinie. Przez długie lata nosiłam w sobie poczucie że zawsze muszę do czegoś dążyć bo to co osiągnęłam nigdy nie wystarczy. Pamiętam że zawsze miałam do czegoś dążyć, a to co było tu i teraz nie było wartościowe. Kiedy wyjeżdżałam do Anglii rodzice dali mi 300 funtów które przy najbliższej okazji im oddałam, mimo że nie chcieli ani nie potrzebowali tych pieniędzy. Pamiętam że towarzyszyła temu myśl: a widzicie, nigdy we mnie nie wierzyliście a jednak daję sobie radę sama.

Jeśli chodzi o moje małżeństwo to Kamil ma tak samo wybuchowy charakter jak moja siostra. Przez wiele lat próbowałam kontrolować jego wybuchy złości bo sama ją chłonęłam i przez to czułam dyskomfort i sama się złościłam. Po wielu latach zrozumiałam że on jest moim nauczycielem emocji i teraz zupełnie inaczej reaguję na jego złość, czasem na niego krzyknę, czego się nauczyłam w tym procesie oswajania emocji i co jest bardzo satysfakcjonujące i przynosi ulgę od razu…mamy porozumienie że czasem takie zachowania są dopuszczalne, ale zawsze wracamy potem do siebie i rozmawiamy. Zrozumiałam że sama mam odpowiedzialność za to jak reaguję i problem leży też we mnie. Nauczyłam się być autentyczna przy nim i dzielić się najgłębszymi uczuciami i mówić o nich. Na szczęście jest on osobą empatyczną i wrażliwą co ułatwiło mi to nauczenie się rozmawiania o uczuciach bo wiem że nic mi z jego strony nie grozi. Nasze małżeństwo weszło na zupełnie nowy poziom istnienia dzięki mojej pracy nad sobą. Ostatnio słuchałam wywiadu w którym kobieta mówiła o osobach empatycznych, które chłoną emocje innych. Sama mam ten problem. Powiedziała że tak się dzieje w przypadku osób które od dziecka są przyzwyczajone, że ich granice są przekraczane i dlatego nie mają filtra oddzielającego ich emocje od cudzych…zaczęłam nad tym pracować i rzeczywiście są efekty.

Przez długi czas miałam wyidealizowany obraz ojca, który kilka lat temu został zachwiany, a dzięki terapii mogę zobaczyć go takim jaki jest naprawdę, ze swoimi ranami. Po mojej terapii po raz pierwszy nie miałam odruchu tęsknoty za odwiedzeniem domu. W ogóle nie chciałam kontaktu z mamą. To był pierwszy sygnał że pępowina zaczęła odpadać… teraz jestem po stronie żalu i gniewu i widzę ich oboje takimi jacy są naprawdę… nie wiem czy kiedyś nawiążemy nową zdrową relację… mama zaczyna swoją terapię w przyszłym roku, tata mówi: a co mi ktoś będzie tłumaczył…”

Czasami wystarczy wiedzieć, że nie jesteśmy sami w swoich odczuciach, emocjach, przeżyciach, doświadczeniach. Alicja nie jest sama, za pewne wiele z nas odnajdzie się w opowiedzianej historii. Chcesz coś przekazać Alicji, napisz w komentarzu 🙂

Alicji gratuluję odwagi, dzielenie się wynosi nas ponad zmowę milczenia, to oznaka, że wewnętrznie jesteśmy gotowi przyjąć i uznać własne życiowe doświadczenia!

Like
Like Love Haha Wow Sad Angry
1

Zostaw komentarz...

  • Jakie to bliskie w moim przypadku… ech… Tu chyba 90% tekstu przypomina mi moje życie. Ważne, że już sobie człowiek coś uświadomił i wie jak sobie z tym radzić, jaką broń dobrać by stanąć do walki z problemem przeszłości. Pozdrawiam autorkę listu i życzę wszystkiego co najważniejsze by pokonywać trudności i wreszcie poczuć WOLNOŚĆ