Sprzątanie… niekończąca się historia!

Sprzątanie…jedni lubią to robić inni nie. Albo jedni skutecznie udają, że lubią, inni nie ukrywają, że nie ma w tym nic przyjemnego.

Porządek i ład w domu owszem jest przyjemny i bardzo pożądany. Podejrzewam, że nawet przez tych, którzy uparcie twierdzą, że bałagan jest OK i im nie przeszkadza, a nawet lepiej się w nim odnajdują.  

Ale sprzątanie? Ja zaliczam to do prac które MUSZĘ wykonać, aby żyło się nam w naszym domu dobrze.

Sprzątanie to jedno. Bo jak się człowiek zepnie, to cały duży dom posprząta na błysk jednego dnia, oczywiście opadając z sił wieczorem, ale da się.

Druga duuuużo trudniejsza sprawa to życie w porządku, utrzymanie tego prządku, odkładanie wszystkiego na miejsce. No właśnie na miejsce… każda rzecz jaką mamy w domu powinna mieć swoje miejsce, do którego można ją odłożyć, leży tam i zawsze wiadomo gdzie ją znaleźć.

Dochodzimy do wniosku ze każda rzecz musi mieć lokum, a jak mamy tych różnych rzeczy tak duuużo, że nie sposób dla każdej wygospodarować miejsce. Tylko wszystko gdzieś się przewala, leży na widoku? Przestrzeń w domu ograniczona, niestety domy czy mieszkania z gumy nie są. A często przydałoby się żeby było.

Może kolejna szuflada graciarka w kuchni? Też taką macie? albo pudełka, koszyczki do przechowywania wszystkiego czego nie wiemy gdzie położyć.

Ja aktualnie prowadzę walkę o utrzymanie porządku, a to nawet nie walka to WOJNA.

Wojna o lepszy komfort życia.

Żeby do domu chciało się wracać, żeby chciało się w nim być. Żebym nie musiała omijać szerokim łukiem kuchni, czy łazienki z piętrzącym się praniem. Żebym ja sama czuła się lepiej. Bo nikt mi nie wmówi, że życie w bałaganie jest do zaakceptowania i da się z nim żyć, po co się męczyć i po co wykonywać tą syzyfową pracę?

Po co? Po co dbać o porządek, skoro zaraz nieład powróci?

No po to żeby tworzyć przyjazną przestrzeń do życia, wszystko co wartościowe nie przychodzi samo, nie robi się samo i wymaga dużo pracy, wysiłku, a przede wszystkim systematyczności w działaniu. Nie dziś na umór sprzątam, a przez kolejne kilka dni nic. Wtedy wiadomo, że praca jest daremna.

Moja walka zaczyna się od świadomości, że dobrze nie jest…

Patrzę…. a tu coś leży, tam coś leży, w ogóle w całym domu wszędzie są rzeczy, które nie powinny być w miejscach w których są,  patrzę na nie i jestem zła. Jestem zła bo nie mam kontroli nad tymi rzeczami, nad stanem naszego domu, a bardzo chce ją  mieć.

Ileż to razy w życiu sprzątałam cały dom, każdy kąt. Niestety za co najwyżej kilka dni, chaos wracał.  Ja za to miałam za każdym razem mniej chęci, żeby znów ten chaos posprzątać. Bo człowiek traci sens działań, jeśli wymagają dużo pracy a efekt jest tymczasowy.

No i co tu zrobić?

Próbować do skutku? Sprzątać czekać aż znów sam zrobi się bałagan, bo przecież najlepiej myśleć że robi się sam. Mamy wtedy wroga na którego możemy być źli 🙂 I znowu sprzątać i tak w kółko. Niekończąca się historia.

Rzeczy… niby fajne, ładne… tworzą bałagan!

Samo w tej sytuacji zdecydowanie nic się nie zmieni.

Ja doszłam do wniosku, że mimo że mieszkam w aktualnym domu od 5-6lat. Zdążyłam go nieźle zagracić, zgromadzić ogromną ilość rzeczy z których co najwyżej ⅕ jest niezbędna, potrzebna na co dzień. A reszta? Reszta jest, bo jest i tworzy bałagan.

Oglądając zdjęcia sprzed kilku lat, kiedy kończyliśmy remonty, dopiero co się wprowadziliśmy, aż miło popatrzeć. Pokoje, podstawowe meble, co najwyżej dywan i to był ład i porządek niemal jak w hotelach.

A potem zaczęły wprowadzać się rzeczy. Bo to ładne, tamto też, a to może się przyda. A tu dobra okazja, jakaś aukcja. Okazji życia, takich nie do przegapienia, jak się chce jest wiele. Złudne to ludzkie myślenie.

Pracować, żeby zarabiać, na rzeczy niepotrzebne, żeby potem mieć bałagan i zastanawiać się co z nim zrobić.

Jestem zbieraczem rzeczy, JA. Bo dzieci same zabawek sobie nie kupują, a mąż .. hm właśnie to mnie zastanawia, on poza elektroniką i kilkoma narzędziami mam wrażenie, że nie potrzebuje niczego. On nie kupuje…. także 90% przedmiotów ‘walających się’ po domu to moje ‘zdobycze’. Czuję się odpowiedzialna za panujący u nas stan rzeczy.

Najgorsza do przełknięcia  jest sytuacja, kiedy chce coś kupić, mówię mężowi (co? po co? – tk w ramach ograniczania niepotrzebnych nowych rzeczy), on mówi to co zazwyczaj -> “to nie jest nam potrzebne, będzie leżeć w kącie, ale jak chcesz”. A że ja bardzo akurat tego CHCE (potrzebuje), bardziej chce kupić kolejną rzecz dla samego kupowania, niż jest mi potrzebna, no więc kupuję. A po tygodniu, czasem dłuższym czasie… zła sprzątam i ta kolejna niezbędna rzecz mnie wkurza bo faktycznie, zgodnie z przewidzeniami męża jest kolejnym elementem chaosu.

W związku z rzeczami tworzącymi bałagan, postanowienia:

  1. Nie kupuję nowych przedmiotów!!! Jeśli coś uznaję za niezbędne, odczekuję tydzień, jeśli dalej sądzę, że kolejnego tygodnia bez tego czegoś nie wytrzymam idę po konsultację, do mojej racjonalniej w tej kwestii myślącej połówki. Oj trudne zadanie, trudne… 🙁
  2. Bezlitośnie pozbywam się rzeczy zbędnych. Podczas sprzątania, staram się bacznie przyglądać przedmiotom, jeśli jest to coś co jest nie wiadomo po co to siuu do kosza. Jeżeli jest to coś wartościowego, a nie używam, to oddać komuś albo spróbować sprzedać.

 

 

Wstępna rozprawa na temat porządku zakończona. Zapraszam na kolejne rozważania 🙂

 

Zostaw komentarz...

  • Babastian

    Moim zdaniem ważnym czynnikiem decydującym o łatwości utrzymania porządku sa nawyki wszystkich domwników. To im należy wpoić zasady. Proste zasady:
    1. Bierz naczynia z zlewu zamiast szafki/zmywarki
    2. Myj po zjedzeniu
    3. Odłóż na miejsce.
    4. Nie chodź z pustymi rękami – często idąc z pokoju do kuchni żeby napić się, możemy po drodze zanieść coś co powinno trafić do kuchni.
    5. Wpajać te zasady każdego dnia, przy każdej okazji.

    Po pewnym czasie domownicy będą automatycznie pomagać w utrzymaniu porządku.

    • admin

      Witam pierwszego komentatora! Świetne wskazówki, wykorzystam! Dziękuję i pozdrawiam!